NOWY ADRES BLOGA, czyli przenosiny :)

Standardowy

Moi Drodzy Czytelnicy,

Przyszedł ten dzień, kiedy moje własne blogowe M zrobiło się za ciasne, więc pora się przeprowadzić. Zapraszam wszystkich na parapetówkę pod nowym adresem bloga:


https://matkowac-nie-zwariowac.blogspot.com/

Do zobaczenia! :)

Agni

koniec

 

Czego nie opłaca się robić przed porodem?

Standardowy

„Nigdy nie mów nigdy” – tak powtarzają ludzie i jest to jedno z bardzo niewielu powiedzonek, które każdego kiedyś w życiu dopadnie. Właśnie się przekonuję, że niepotrzebnie ‚obrażałam’ się na tematy macierzyńskie, bo z racji mojego stanu wracają do mnie jak bumerang i suma sumarum kolaż przemyśleń definiuje tematykę notki.

W internecie są miliardy stron – tematycznych, forów i innych – na których hasło „co robić przed porodem?” powielane i analizowane jest z każdej możliwej strony. Zmienić dietę, więcej odpoczywać, czytać fachową literaturę i tak dalej. Ale choćbyście szukali, ciężko będzie znaleźć artykuł mówiący o tym, czego w ciąży i przed porodem robić nie warto. Stworzyłam własną, niedługą listę i mimo, że temat ciąży przerabiam drugi raz i nie uważam się za eksperta sądzę, że niektóre punkty będą aż nadto trafione.

ginekolog

 

Ginekolog nie musi być pod ręką, niczym linia zaufania. Oczywiście bardzo istotne jest, by ciążę prowadził lekarz, którego podejście Ci odpowiada, któremu ufasz i nie boisz się zadawać nawet najgłupszych twoim zdaniem pytań, ale wcale nie musi być dla Ciebie pod telefonem 24/7. Wiem z doświadczenia, że może być tak, że w 5 czy 6 miesiącu dojdziesz do wniosku, że ginekolog do którego chodzisz był dobry, dopóki zakres jego obowiązków ograniczał się do wypisywania recept i zrobienia cytologii raz w roku, bo w przypadku prowadzenia ciąży jego podejście, empatia czy sposób przekazywania wiedzy mogą się okazać niewystarczające. Bądź co bądź, po to mamy lekarza prowadzącego, żeby nie musieć wyszukiwać „specjalistów” i „dobrych rad” w internecie  czy wypytywać koleżanki.

No właśnie. Z doświadczenia wiem, tak zwana ‚fachowa literatura’ wcale nie jest do szczęścia potrzebna podobnie jak szkoła rodzenia. W pierwszej ciąży nie przeczytałam nawet jednej zachwalanej choćby w śniadaniówkach pozycji, a słuchając koleżanek opowiadających o zajęciach w szkole rodzenia od razu odpuściłam temat i wcale nie czułam się niedouczona. Przyznaję, zdarzyło mi się przeglądać ulotki z najlepszymi pozycjami porodowymi i mieć kilka ‚fachowych’ książek w ręku, ale po ich przejrzeniu doszłam do wniosku, że albo macierzyństwo jest bardziej skomplikowane niż budowa rakiety kosmicznej albo wraz z urodzeniem się dziecka kobieta traci połowę szarych komórek. W tym punkcie pewnie część z Was się oburzy i ze mną nie zgodzi – opis ciąży tydzień po tygodniu czy podstawowych dolegliwości ciążowych, którymi niekoniecznie trzeba zawracać głowę lekarzowi – choćby to nadaje wartość ciążowym literaturom. Tu się nawet zgodzę i w związku z tym podsumowując napiszę, że potrzeba dokształcenia się lub nie, zależy głownie od tego, jak bardzo pewnie w macierzyństwie się czujesz.

Kolejny sprawdzony na sobie pogląd jest taki, że zdecydowanie nie warto słuchać opowieści z porodówki. Może powinnam to napisać jako punkt pierwszy i najważniejszy, ale bez względu na wszystko prawda jest taka, że wysłuchiwanie porodowych dreszczowców od koleżanek i po rodzinie może kobietę jedynie nastraszyć. Dla kobiety, zwłaszcza tej która rodzi po raz pierwszy, wysłuchiwanie o nacinaniu krocza, kleszczach, bólach porodowych, krwi dookoła i całej reszcie porodowego ‚bajzlu’ jest trochę jak przygotowywanie się do survivalu na pustyni z lwem za plecami. Ile by się nie nasłuchała, to i tak ją coś zaskoczy, a niepotrzebnie będzie się stresować. A prawda jest też taka, że inaczej postrzegamy poród w jego trakcie (pewnie dlatego w filmach kobiety biją mężczyzn albo mówią, że chcą umrzeć), a już inaczej godzinę, tydzień czy rok później. I nie, nie ma nic złego w byciu obeznanym z tematem – użycie słowa „przygotowany” byłoby tu zdecydowanie nadużyciem – ale nic na siłę. Na horrory chodźmy do kina, zamiast ich wysłuchiwać.

Jeśli chodzi o długą listę rzeczy do zrobienia, zbędą pozycją jest wyposażanie wyprawki w różnego rodzaju sprzęty. Innymi słowy nie ma potrzeby kupować sprzętów typu laktator, nebulizator i tym podobne dopóki nie okażą się potrzebne. Przed urodzeniem córki sama wyposażyłam się w laktator, który jak się potem okazało wcale nie był mi potrzebny – młoda ssała pierś, trzeba ją było nawet budzić na jedzenie, w związku z tym łatwiej było zaplanować wyjście i nie było potrzeby odciągać mleka. Nie dajmy się więc ogłupić reklamom, a kompletując wyprawkę w sklepie nie wpadajmy w szał zakupów – naprawdę 3/4 z tych rzeczy można kupić po porodzie i nawet mąż wysłany do sklepu solo da sobie z tym radę.

Podsumowując: zrobienie rozeznania w temacie zawsze będzie dobrym rozwiązaniem, jednak pewne rzeczy należy później ‚podzielić przez dwa’ i dopiero brać się do działania. I jeszcze jedno: przede wszystkim ciąża, poród i połóg to stany naturalne dla kobiet od początku świata, dlatego z pewnością nie warto z tego powodu wywracać swojego życia całkiem do góry nogami. :)

Na nowy rok potrzebujesz tylko jednego postanowienia. ;)

Standardowy

W zeszłym roku o tej porze pisałam o postanowieniach noworocznych – że trzeba zrobić bilans co nam tak właściwie w duszy gra i co jest do szczęścia potrzebne, potem wybrać to co najbardziej osiągalne, a później już tylko brać się do pracy. Dziś sobie myślę, że dwa dni przed końcem starego roku mogę sobie złożyć – i każdemu to polecam – wyłącznie jedno postanowienie: znaleźć ciekawy pomysł na siebie samego.

I myślę sobie, że dużo bardziej wartościowe będzie znalezienie takiego postanowienia, którego realizacja przyniesie nam nie tyle satysfakcję czy podziw u innych, ale po prostu przyjemność. I nie neguję tu pomysłów na zmianę odżywiania, przejście na dietę, zrzucenia 15 kilogramów – swoją drogą wszystko to mam w planach po porodzie – ale dużo lepszym pomysłem wydają mi się deklaracje w stylu: „w 2017 przeczytam 200 książek” – to przyjemne i na pewno prostsze, bo  kartę biblioteczną można wyrobić za darmo albo „w 2017 odwiedzę co najmniej 10 ciekawych miejsc” – zapowiada się nieźle i wcale nie trzeba szukać za granicą, bo jako licencjonowany pilot wycieczek mogę zapewnić że bez problemu podam 10 miejsc w kraju, o których nie mieliście pojęcia, a które trzeba odwiedzić. ;)

postanowienie

Ale hasło ‚znaleźć pomysł na siebie’ może mieć zupełnie inne znaczenie. Możemy się skupić na rozwijaniu swoich pasji czy umiejętności, np. na nauce języków obcych albo równie dobrze podjąć się realizacji postanowień, które będą wartością dodaną wyłącznie dla nas samych np. nauczyć się gry w szachy, szycia na maszynie, robienia na drutach, origami itp. I owszem, będziemy mogli się tym pochwalić przed znajomymi, ale większą przyjemność będziemy odczuwać z samej realizacji celu i tego, że w końcu potrafimy to, czego chcieliśmy się nauczyć.

Każdemu kto robi dziś podsumowanie i plany na przyszłość, polecam podejść do tematu w ten sposób. Po pierwsze, łatwiej zrealizować jedno czy dwa postanowienia, nawet jeśli nie zaczniemy już 1 stycznia ale tydzień czy miesiąc później, a po drugie to oczywiste że dużo łatwiej się dąży do rzeczy przyjemnych i przychodzących w przyjemnej atmosferze – chęć pobicia rekordu w ilości przeczytanych książek w miesiącu przyjdzie mi dużo łatwiej niż rekord w zrzucaniu kilogramów ;).

Tak czy siak patrząc na to, co mnie czeka w przyszłym roku, myślę że liczą się w pierwszej kolejności chęci, a zaraz potem to by pomysł na siebie, choćby jeden najmniejszy, udało się zrealizować.

A wszystkim, którzy tu zaglądają życzę w Nowym Roku pomysłów na siebie, wytrwałości w realizowaniu planów i finalnych efektów, z których sami będziecie najbardziej zadowoleni. :) Szczęśliwego Nowego Roku! :)