NOWY ADRES BLOGA, czyli przenosiny :)

Standardowy

Moi Drodzy Czytelnicy,

Przyszedł ten dzień, kiedy moje własne blogowe M zrobiło się za ciasne, więc pora się przeprowadzić. Zapraszam wszystkich na parapetówkę pod nowym adresem bloga:


https://matkowac-nie-zwariowac.blogspot.com/

Do zobaczenia! :)

Agni

koniec

 

Czy mam czego zazdrościć innym kobietom?

Standardowy

Gdybym miała wymienić jedną rzecz, która od stuleci łączy wszystkie kobiety, nie napisałabym o przyjaźni. Nie napisałabym też o tzw. „solidarności jajników” ani o wspólnych mianownikach typu macierzyństwo czy feminizm. Jest jednak jedna rzecz, która łączy wszystkie panie, choć dominująca większość nie będzie się chciała przyznać. Kobiety od zarania dziejów łączy wzajemna zazdrość.

Rys. Marta Frej

Rys. Marta Frej

Chociaż jestem typem osoby dość pewnej siebie, to nie będę ukrywać że czasem zazdroszczę innym kobietom. Jednak nie jest to zazdrość niszcząca, nie jest to uczucie które pali od środka i wywołuje we mnie chęć mordu. ;) Jest to raczej cichy podziw, a czasem nawet rozbawienie wynikające z obserwacji otaczającego mnie kobiecego świata. Czego więc zazdroszczę innym kobietom?

Gdybym na pierwszym miejscu nie napisała figury, przestalibyście dalej czytać. :) Ale wbrew pozorom nie mam tu na myśli idealnych proporcji 90/60/90 (chociaż bym się za takowe nie pogniewała), lecz bardziej to, by spodnie z sieciówek w teoretycznie moim rozmiarze faktycznie na mnie pasowały. Żebym miała smukłe uda, które nie będą generowały problemu pt. ‚rozmiar 38 lekko za szczupły w tyłku, a w rozmiarze 40 trzeba uciąć nogawki na wysokości kolan’. Takiej proporcjonalnej figury zazdroszczę innym kobietom, że gdy im przybędzie dwa kilogramy (czy pięć) to im się to pięknie po ciele (czytaj w cyckach) rozkłada. :) Całe szczęście, że chociaż wzrostu mi Bozia nie pożałowała, to przynajmniej tego nie muszę zazdrościć. ;)

Kolejną rzeczą, niejako symbiotyczną z idealną figurą, której zazdroszczę innym dziewczynom jest umiejętność zapanowania nad apetytem. Nie wiem, czy to umiejętność wrodzona czy wyuczona, ale zapanowanie nad tak ważną czynnością życiową jaką jest jedzenie, jest dla mnie równoważne do zdobycia Mount Everestu. Lubię jeść, zwłaszcza niezdrowo, a kiedy jestem głodna to nie potrafię skupić się na niczym i wręcz słyszę jak jedzenie nawołuje do mnie z lodówki. Dlatego też nigdy nie wytrzymałam na żadnej diecie dłużej niż tydzień, a kobietom zajadającym się w Maku sałatką od razu wręczałabym Nobla.

Idąc dalej tym tropem, muszę się przyznać, że zazdroszczę innym kobietom umiejętności dobierania ciuchów w taki sposób, że wyglądają niczym manekiny zdjęte z wystawy i co się niechybnie z tym wiąże zazdroszczę im umiejętności poruszania się na szpilkach. Jeśli o mnie chodzi to na szpilkach czuję się i wyglądam jak niedźwiedź na szczudłach – w cyrku to może zabawne, ale na ulicy już mniej – natomiast jeśli chodzi o tworzenie żurnalowych stylizacji to zdecydowanie preferuję jeansy i t-shirt, ewentualnie jakąś koszulę. Nie dla mnie koronki i tiule, a już stringi to dopust Boży (jak można całymi dniami nosić coś, co się wrzyna w….?!) I gdybym miała wyglądać jak dziewczyny którym zazdroszczę, musiałabym w galeriach handlowych ściągać gotowe zestawy ciuchów prosto z manekinów i prosić ekspedientki o dobranie rozmiaru. Co poradzisz, jak nic nie poradzisz – jak to kiedyś powiedział ktoś mądry: „Z małpy Barbie nie zrobisz” . :)

I na koniec patrząc z perspektywy mojego własnego ‚grajdołka’  muszę przyznać, że zazdroszczę bezdzietnym ich braku dzieci, a rodzicom z ilością dzieci 3, 4 i więcej zazdroszczę właśnie tej ilości. Tym drugim zazdroszczę dlatego, że dzieci to najwspanialsze co może być. Kiedy moje dziecko przychodzi, otula mnie ramionami i przeciągle woła „Mooooojaaa maaamaaa” to wszystkie chmury i złości rozwiewają się natychmiastowo. I gdybym wygrała w totka i mogła powiększyć metraż, to pewnie bym się na taką ilość dzieci zdecydowała. Jednak nie przemawia do mnie wizja „biedni ale razem” i całe życie w pieluchach, dlatego bezdzietnym zazdroszczę możliwości i przede wszystkim czasu wolnego. Bo mogą go trawić na różne prozaiczne przyjemności jak spędzanie całego dnia na zakupach, w salonach kosmetycznych na zabiegach – innymi słowy mają czas na dogadzanie najfajniejszej osobie jaką znają, czyli samemu sobie. ;)

Na nowy rok potrzebujesz tylko jednego postanowienia. ;)

Standardowy

W zeszłym roku o tej porze pisałam o postanowieniach noworocznych – że trzeba zrobić bilans co nam tak właściwie w duszy gra i co jest do szczęścia potrzebne, potem wybrać to co najbardziej osiągalne, a później już tylko brać się do pracy. Dziś sobie myślę, że dwa dni przed końcem starego roku mogę sobie złożyć – i każdemu to polecam – wyłącznie jedno postanowienie: znaleźć ciekawy pomysł na siebie samego.

I myślę sobie, że dużo bardziej wartościowe będzie znalezienie takiego postanowienia, którego realizacja przyniesie nam nie tyle satysfakcję czy podziw u innych, ale po prostu przyjemność. I nie neguję tu pomysłów na zmianę odżywiania, przejście na dietę, zrzucenia 15 kilogramów – swoją drogą wszystko to mam w planach po porodzie – ale dużo lepszym pomysłem wydają mi się deklaracje w stylu: „w 2017 przeczytam 200 książek” – to przyjemne i na pewno prostsze, bo  kartę biblioteczną można wyrobić za darmo albo „w 2017 odwiedzę co najmniej 10 ciekawych miejsc” – zapowiada się nieźle i wcale nie trzeba szukać za granicą, bo jako licencjonowany pilot wycieczek mogę zapewnić że bez problemu podam 10 miejsc w kraju, o których nie mieliście pojęcia, a które trzeba odwiedzić. ;)

postanowienie

Ale hasło ‚znaleźć pomysł na siebie’ może mieć zupełnie inne znaczenie. Możemy się skupić na rozwijaniu swoich pasji czy umiejętności, np. na nauce języków obcych albo równie dobrze podjąć się realizacji postanowień, które będą wartością dodaną wyłącznie dla nas samych np. nauczyć się gry w szachy, szycia na maszynie, robienia na drutach, origami itp. I owszem, będziemy mogli się tym pochwalić przed znajomymi, ale większą przyjemność będziemy odczuwać z samej realizacji celu i tego, że w końcu potrafimy to, czego chcieliśmy się nauczyć.

Każdemu kto robi dziś podsumowanie i plany na przyszłość, polecam podejść do tematu w ten sposób. Po pierwsze, łatwiej zrealizować jedno czy dwa postanowienia, nawet jeśli nie zaczniemy już 1 stycznia ale tydzień czy miesiąc później, a po drugie to oczywiste że dużo łatwiej się dąży do rzeczy przyjemnych i przychodzących w przyjemnej atmosferze – chęć pobicia rekordu w ilości przeczytanych książek w miesiącu przyjdzie mi dużo łatwiej niż rekord w zrzucaniu kilogramów ;).

Tak czy siak patrząc na to, co mnie czeka w przyszłym roku, myślę że liczą się w pierwszej kolejności chęci, a zaraz potem to by pomysł na siebie, choćby jeden najmniejszy, udało się zrealizować.

A wszystkim, którzy tu zaglądają życzę w Nowym Roku pomysłów na siebie, wytrwałości w realizowaniu planów i finalnych efektów, z których sami będziecie najbardziej zadowoleni. :) Szczęśliwego Nowego Roku! :)