NOWY ADRES BLOGA, czyli przenosiny :)

Standardowy

Moi Drodzy Czytelnicy,

Przyszedł ten dzień, kiedy moje własne blogowe M zrobiło się za ciasne, więc pora się przeprowadzić. Zapraszam wszystkich na parapetówkę pod nowym adresem bloga:


https://matkowac-nie-zwariowac.blogspot.com/

Do zobaczenia! :)

Agni

koniec

 

Hipokryzja społeczna, czyli może powinnam przestać udzielać się na forach. :)

Standardowy

Kiedy dwa lata temu byłam świeżo upieczoną mamą, a wszystko co z macierzyństwem związane było dla mnie nowe, ciekawe i naturalne, rozgorzała dyskusja o publicznym karmieniu piersią. Myślałam wtedy o tych porozwieszanych na szpitalnym korytarzu plakatach, nawołujących do karmienia piersią najdłużej jak się da, bo to „najlepsze co matka może dać dziecku”. Z drugiej strony czytałam i oglądałam w telewizji oburzone społeczeństwo, mówiące o goliźnie, obrzydliwych widokach przy jedzeniu itp. Napisałam wtedy notkę o „uwolnieniu cycków”, bo na tamten dzień uważałam i dziś nadal uważam, że (w granicach rozsądku) w publicznym karmieniu nie ma nic oburzającego. Nie raz w moim towarzystwie kobiety karmiły piersią, a i mnie osobiście zdarzyło się karmić publicznie tylko kilka razy. Śpieszę wyjaśnić, że wcale nie był to zabieg przemyślany – po prostu moje dziecko na początku bardziej wolało spać lub eksplorować świat niż jeść, więc spacer czy zakupy mogłam sobie zaplanować w takim czasie, żeby i dziecku i mnie było wygodnie.

Wszystko to przypomniało mi się teraz dlatego, że na wokandę w wiadomościach wieczornych powrócił temat matki, którą w gdańskiej restauracji odesłano w calu nakarmienia niemowlaka…do kibla. Celowo piszę tak obcesowo ‚do kibla‚ a nie ‚do łazienki’, żeby wskazać absurd tej sytuacji, chociaż jak dla mnie w tej sytuacji nazewnictwo ma najmniejsze znaczenie. I gdyby mnie ktoś zaproponował jedzenie w łazience, to też bym się popukała w czoło i czuła się oburzona, może też dyskryminowana. Gdybym była bezdzietnym akurat (bo tak w ogóle to już się nie da) gościem restauracji, weszła do toalety i zobaczyła siedzącą na WC kobietę karmiącą dziecko, sama z siebie zapytałabym managera czy takie standardy to u nich norma. Nie wspominając już o tym, że kultura jedzenia niektórych ludzi aż prosi się o to, by ich z talerzem wysłać do łazienki albo najlepiej od razu do chlewika, a jednak nikt tego nie robi.

Podobnie rzecz ma się z publikowaniem na portalach społecznościowych zdjęć uznanych za nazbyt intymne, prywatne, na przykład takich świeżo po porodzie. Pierwsze pytanie, jakie mi się nasuwa brzmi „Kiedy zdjęcie jest zbyt prywatne?”. Czy czyjś maluch na plaży, z gołym tyłkiem jest? Albo kobieta opalająca się topless na riwierze? Ludzie przecież pokazują wszystko. Co do zdjęć po porodzie, to nie mam tu na myśli zdjęć porodu nad rzeką, który to uwieczniła jakaś amerykańska ‚naturalistka’ (widać wiele, jeśli nie wszystko), a zdjęcie udostępnione przez męża jakiejś blogerki, na którym kobieta jest w koszulce, widać jej kawałek brzucha na którym właśnie położono nowo narodzonego maluszka (delikatnie brudnego) w towarzystwie fragmentu pępowiny. Pod takim zdjęciem właśnie dałam się wciągnąć w dyskusję.

„Obrzydliwe!”, „Ekshibicjonizm!”, „Nie mogę na to patrzeć!”

Tego rodzaju komentarze, które pojawiły się pod tym zdjęciem wywołały we mnie falę emocji. Pierwsze o czym pomyślałam – co za naród HIPOKRYTÓW mnie otacza. Ludzie bez skrępowania oglądający (i nieraz prezentujący) goliznę w różnych wydaniach, obcych dla siebie ludzie uprawiający seks w BigBrotherze, zjadanie robaków, wyciskanie pryszczy – TAK! wpisując na YT hasło „pryszcz” wyskakują filmiki mające pół miliona wyświetleń (WTF?!) – i tym podobne paskudztwa, od których moje (wytrzymałe dość) flaki przewracają się z lewej na prawą i na odwrót. TO ICH NIE OBRZYDZA! A mierzi ich widok nowo narodzonego dziecka i kawałka pępowiny! To zbyt intymne!

matki na forach

W przebłysku frustracji dociera do mnie, że może cała ta nagonka i nieracjonalne oburzenie są na pokaz i ja się tu niepotrzebnie podniecam. Albo może już tak nam się społeczeństwo wypaczyło, że to co jest normalne i naturalne od początku świata stało się tematem tabu, a wszelkie obrzydlistwa i dewiacje są powodem do dumy?

Potem sobie myślę, że może chodziło o rozgłos? A może był to po prostu odruch radości – w końcu złe informacje spływają zewsząd, dlaczego więc nie podzielić się czymś dla nas radosnym? Aż w końcu pomyślałam, co to będzie jak ktoś oburzony u znajomych na profilu zobaczy moje zdjęcie zaraz po porodzie (o ile takie wrzucę :P )? I właściwie czemu miałabym nie wrzucić, przecież tyle jest treści na fejsiku, że moje zdjęcie powinno przepaść w tym morzu „dobrobytu”. :P I co będzie, jak na wiosnę wyjdę na spacer i przyjdzie mi nakarmić dzieciaka w parku na ławce między babciami? A gdybym wpadła na szalony pomysł wyjść z dziećmi do ludzi?

Tak, bo zdecydowanie przez wzgląd na wypaczone poczucie ‚obrzydliwości’ nie zamierzam się zamknąć w domu na cztery spusty. :P :)

 

PS: It’s a boy! :)

Porzuciłam bloga, ale wcześniej porzuciłam siebie.

Standardowy

Przez jakąś część swojego życia byłam przekonana, że pisanie przychodzi mi łatwo, że nie brakuje mi ani słów ani polotu. Wypracowania i rozprawki to była pestka, słowa spływały falami tak, że pracę licencjacką napisałam w miesiąc z groszami (bo przecież to nic wielkiego) i nawet napisanie książki, choć z różnych względów rozłożyło się w czasie na ponad rok, wydawało mi się samą przyjemnością. Wszystko do czasu, aż nie porwałam się na pisanie bloga.

Kiedy zostałam pełnoetatową mamusią wszystko było nowe, ciekawe i porywające. Zasób płaszczyzn, które mnie dotyczyły znacznie się powiększył, a i czasu mi nie brakowało – wbrew opinii 90% kobiet, które zostały matkami – dlatego płynąc trochę na fali popularności blogów i blogerów, podjęłam to wyzwanie. W krótkim opisie, który zamieściłam napisałam, że macierzyństwo wciąż dostarcza mi tematów by pisać. Aż w końcu pewnego dnia doszłam do wniosku, że nie potrafię być aż tak monotematyczna. Można to było zauważyć w końcowej fazie mojego pisania, kiedy moje posty coraz częściej dotyczyły wszystkiego, tylko nie tematu rodzicielstwa. I niech się nie oburzają mamy-blogerki, które mają tę zdolność pisania długich kolaboratów o rozmiarach pieluch, rodzajach pieluch, wyższości pieluch nad tetrą i dziesięciu innych aspektów jednego i tego samego tematu. Chwała Wam za to, że potraficie rozłożyć coś na czynniki pierwsze i jeszcze to rozwinąć. Ja w pewnym momencie straciłam tę umiejętność, choć z perspektywy czasu myślę, że wcale jej nie miałam.

Przyszedł też dzień, w którym  wkurzyłam się na macierzyństwo, że tak bezczelnie przyćmiło mi całą moją pozostałą „zawartość” mojej osoby. Miałam przecież ‚przed dzieckiem’ swoje pasje, drobne hobby, zainteresowania. Generalnie mnóstwo rzeczy, którymi można i warto podzielić się w sieci. Ale gdzieś mi to wszystko umknęło, a kiedy się obudziłam z tego rodzicielskiego snu, po prostu wzięłam urlop od blogowania. Porzuciłam go trochę, to fakt, ale bez zakładania, że to jego definitywny „the end”. I wychodziłoby na to, że się nie pomyliłam w ocenie, skoro właśnie piszę to co piszę, ale to się dopiero okaże, w zależności od tego czy będzie ciąg dalszy…