Polskie dzieci tylko dla Polaków!

Standardowy

Odkąd „dobre zmiany” atakują nas na prawie każdej płaszczyźnie życiowej, odnoszę wrażenie, że szczyt głupoty i nieracjonalnego podejścia do rzeczywistości już dawno został osiągnięty. Gdy dotarła do mnie wieść, że Ministerstwo Rodziny ograniczyło możliwości adopcji polskich dzieci przez obcokrajowców i jednocześnie odebrało uprawnienia najbardziej doświadczonym w temacie Ośrodkom Adopcyjnym, ręce mi opadły. A gdy usłyszałam jeszcze, że umotywowano to kwestiami (tu cytat) „podtrzymywania więzi emocjonalnych z Polską” u dzieci oddawanych do adopcji, to już opadły mi nawet cycki.

dziecko1

Nie trzeba być specjalnie obeznanym w przepisach, ani też pracować w ośrodku by wiedzieć, że procedura adopcyjna w Polsce to droga przez mękę. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości to odsyłam do pierwszego lepszego forum dla ludzi starających się o adopcję. Zasadniczy problem z adopcją pojawia się w momencie, gdy dziecko jest chore lub jakkolwiek niepełnosprawne, gdy ma rodzeństwo lub jest nastolatkiem. W Polsce takich dzieci nikt nie chce, zaś za granicą znajdowało się rocznie prawie 300 rodzin, które te niechciane dzieci do siebie przyjmowało. Pytam więc, w czym problem?!

Różnice, jeśli chodzi o podejście do przyjęcia takich dzieci, są zasadniczo dwie. Pierwsza, to motywy jakimi kierują się ludzie podejmując decyzję o adopcji – w Polsce jest to niestety „ostatnia deska ratunku” dla ludzi, którzy nie mogą mieć dziecka w sposób naturalny, ale pragną je mieć. I myślę, że właśnie to pragnienie pomaga im przetrwać ciągnące się w nieskończoność procedury. W przypadku adopcji ze strony obcokrajowców, jak wynika z wypowiedzi pracowników ośrodków adopcyjnych, najczęściej jest tak, że mają oni swoje dzieci – jedno, dwoje, troje – czasem już nieco ‚odchowane’, ale mają też chęć, czas i pieniądze, by poświęcić się jeszcze jednemu istnieniu.

Druga kwestia to wiek i stan zdrowia dziecka. Wiadomo, każdy wolałby adoptować dziecko śliczne i zdrowe, w przedziale wiekowym 0-3 lata, choćby ze względu na fakt, że można kreować życie takiego dziecka praktycznie od samego początku, nie zważając na przeszłość. Nikt przecież nie weźmie sobie na garb wychowania trudnego nastolatka po przejściach, bo to wymaga zbyt wiele poświęcenia i pracy. Podobnie w kwestii dziecka chorego – w krajach zachodnich istnieje polityka społeczna z prawdziwego zdarzenia, a rodzice dostają na leczenie czy rehabilitację dziecka kwoty adekwatne do potrzeb. A w Polsce? Masz chore dziecko?! To się martw, przecież to twoje dziecko i twój problem!

Nasze Ministerstwo twierdzi, że „(…)Adoptowane dzieci, wychowywane poza granicami kraju, bardzo szybko tracą związki  z kulturą i językiem polskim i jedynie od wrażliwości nowych rodziców zależy, jak silnie i jak długo podtrzymywana będzie więź emocjonalna z Polską” * oraz że lekarstwem na brak adopcji krajowych będzie „Wzmacnianie świadczeń, takich jak choćby program „Rodzina 500 plus”, usług społecznych i zdrowotnych kierowanych do rodzin wychowujących dzieci,(…). Gdy jest to mimo wszystko niemożliwe – rosną szanse dzieci na znalezienie odpowiedniej rodziny adopcyjnej w Polsce”.

Nie bardzo wierzę w te cuda, bo przecież program 500+ trwa już od dobrych kilkunastu miesięcy, a nie słychać, by liczba chętnych do adoptowania dziecka wzrosła na tyle, że można placówki opiekuńcze pozamykać z dnia na dzień. Nie dość, że dzieci w domach dziecka jest mnóstwo, to tylko niewielki procent stanowią sieroty, bo reszta ma jednego albo nawet dwóch rodziców. I choćby nie wiem jak Ministerstwo sobie tego życzyło, z powodu pięciu stów rodzice nie zaczną się nagle troskliwiej zajmować dziećmi, a i chętnych na adopcję od tego nie przybędzie. Podobnie ma się program usług społecznych i zdrowotnych, który jest przecież tak ‚wspaniały’, że jeszcze niedawno rodzice niepełnosprawnych dzieci musieli koczować ze swoimi pociechami w sejmie, by w ogóle zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a i tak niewiele osiągnęli.

A największą bzdurą w całej tej sprawie jest pogląd, że dla dzieci przebywających w domach dziecka, chorych, niepełnosprawnych i już wystarczająco skrzywdzonych przez życie, najważniejsze jest poczucie „polskości” i kultywowanie kultury, zwyczajów i mowy ojczystej. I według naszego rządu lepiej być Polakiem w Polsce i całe życie spędzić jako dziecko niczyje, niż być Polakiem gdziekolwiek, ale w kochającej i szczęśliwej rodzinie.

 

*źródło cytatu: https://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5538,8544,problemy-adopcji-miedzynarodowych.html

Czemu łatwiej zabić dziecko niż oddać?!

Standardowy

Według statystyk każdego roku ponad 500 dzieci zostaje porzuconych przez matki w szpitalach czy tzw. „Oknach życia”. Ich sytuacja jest o tyle dobra (o ile można tego słowa tu użyć) że w związku z tym mają szansę na jakąś przyszłość. Taką we względnie jasnych barwach. Niestety ok. 30-40 dzieci nie dostaje tej szansy, a ich życie często kończy się zaraz po urodzeniu. I co najbardziej przerażające ich życie kończy matka.

Wybaczcie mi, że znów poruszam taki temat, ale tego rodzaju wiadomości medialne, które docierają do nas coraz częściej, po prostu zwalają mnie z nóg! Chce mi się płakać i krzyczeć, a mój oszalały umysł po prostu nie może tego ogarnąć. Zaczęło się od dziewczynki z Sosnowca, którą matka zamordowała (nazwijmy rzeczy po imieniu) a przez miesiąc utrzymywała, że jej dziecko porwano. Zabiła bo dziecko ją ograniczało. Potem słyszeliśmy o kobietach które zamordowały kilkoro swoich kolejnych (!) dzieci. Z powodu złej sytuacji finansowej i obawy przed mężem. Jedna trzymała zwłoki w beczce na podwórku, druga w zamrażalniku. Wczoraj przeczytałam o dziewczynie, która urodziła mając 16 i potem 17 lat. Oboje dzieci zabiła. Wierzcie mi, nie szukam tych informacji. One same mnie napadają.

Jezu Chryste, mam ochotę wołać do niebios, gdzie ty jesteś że pozwalasz na coś takiego?! Czemu te biedne kobiety nie oddały tych dzieci do adopcji lecz wolały zamordować? Mimo, że pierwszym odruchem moim jako matki jest myśl „co za potwór”, to już drugim odruchem jest szukanie odpowiedzi na pytanie „Dlaczego? „. Pierwszym wytłumaczeniem, jakie się nasuwa jest stan psychiczny i emocjonalny takiej kobiety. Szok poporodowy. To ponoć właśnie szok, ból, stres i strach zaburzają w kobiecie odruchy zdrowego rozsądku. To wszystko razem kieruje ją w stronę złej decyzji. A co z matką, która zabija półroczne, roczne czy starsze dziecko? Przecież o porodzie juz dawno zapomniała. Tu za przyczynę psychologowie podają nic innego jak baby blues czy po prostu depresję poporodową. Nowa rola w jakiej znalazła się kobieta wywołuje u niej wahania nastroju, zmęczenie, płaczliwość, negatywne nastawienie do życia. Taka matka nie radzi sobie z opieką nad dzieckiem, ale przede wszystkim z własnymi odczuciami. Nierzadko też mąż/partner całymi dniami pracuje lub w ogóle go nie ma. Osamotnienie i nowe obowiązki po prostu taką matkę przerastają.

Wszystko rozumiem (teoretycznie) ale wciąż nie mam odpowiedzi „Dlaczego? „. Winą za to nieszczęście w następnej kolejności obarcza się warunki życia (sytuacja finasowa, mieszkaniowa) oraz status społeczny. Innymi słowy zabijają kobiety biedne i głupie (wybaczcie dosłowność). Brak im też środków na utrzymanie dziecka. Chryste, wołam znowu, przecież nikt mi nie powie że w 21 wieku te kobiety nie słyszały o MOPSie, Caritasie czy innych fundacjach.  Chociaż jeśli nie słyszały o antykoncepcji (choćby o gumkach) to może i o tym też nie. I tu, a propos warunków, możemy głośno ponarzekać na system. Bogatsze kraje np. skandynawskie gwarantują kobiecie żłobki, przedszkola – alternatywną formę opieki. We Francji, gdzie istnieje realna polityka rodzinna kobiety dostają wsparcie finansowe, które daje im równie realne poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Niezależnie czy obok nich oscyluje mąż czy partner. U nas stwarza się tylko pozory.

No dobrze, ale kiedyś nasze babcie czy prababcie też rodziły dzieci i nie słyszały nawet o becikowym. Nie słyszano też o mordowaniu dzieci. Warunki były lepsze? Nie. Depresji poporodowych nie było? Były. Ale i kobiety były z innej gliny. Nie mogły pokazać słabości, tego że obowiązki je przytłaczają. Zakasywały rękawy, zaciskały zęby i robiły swoje. A propo babć, to w ogromie takiej tragedii jak dzieciobójstwo pytam też, gdzie do cholery (wybaczcie słownictwo) jest rodzina tych kobiet? Matki, babki, ciotki, siostry? Gdzie są sąsiedzi? Jacyś znajomi? Ojcowie tych dzieci? Chwilami mi się wydaje, że ich też ktoś powinien sądzić za współudział.

A propo ojców: wśród tych dramatów była też historia mężatki z dwójką dzieci, której mąż zagroził że jeśli zajdzie w ciąże to on odejdzie i nie będzie ich utrzymywał. Pomijając męski egoizm, pozwólcie że nie napiszę co myślę o kobietach, które swoje i swoich dzieci życie uzależniają od męskiego widzimisię. To temat na osobną notkę. Zapytam tylko: „Czemuś kobieto tego dziecka nie oddała?”.

A, no i jeszcze jeden aspekt: wstyd. Młoda dziewczyna z brzuchem – wstyd. Jak bez męża to jeszcze większy. Biedna wielodzietna rodzina żyjąca z zasiłków z perspektywą kolejnej „mordy do wykarmienia” – wstyd. I co najgorsze, a co przeczytałam w jakimś reportażu: „Mam oddać moje dziecko obcym ludziom? To wstyd.”

Aha, no tak, to faktycznie lepiej zabić.