Hygge – o tym, co każdy z nas zna od dawna, choć dotąd nie potrafił tego nazwać.

Standardowy

Jeśli poświęcacie choć odrobinę uwagi mediom – telewizji, internetowi – to z pewnością dotarło do waszych uszu takie pojęcie jak Hygge. Pielęgnowana od stuleci, a wykreowana medialnie przez Duńczyków hygge, czyli najogólniej ujmując sztuka osiągania/pielęgnowania szczęścia. I, choć niewiele osób wciąż to dostrzega, chodzi tu o coś więcej niż designerskie meble, kocyki i kilka świeczek. Mało tego, osiąganie hygge wcale nie jest taką trudną sztuką, bo każdy człowiek ma w swoim życiu co najmniej kilka ‚przestrzeni’ hygge, z których kompletnie nie zdaje sobie sprawy.

Spaceruję sobie w lesie, śnieg skrzypi mi pod butami, a przez oprószone korony drzew przebija się słońce. Światłocienie tańczą mi pod nogami, mróz szczypie mnie w nos i policzki, a z każdym wypowiedzianym przeze mnie słowem z ust wydobywa się para.

Kiedy widzę jak wygłupia się z naszą córką, uśmiecham się sama do siebie. Szybko łapię aparat i robię kilka zdjęć; kiedy ją podrzuca, kiedy oboje roześmiani wirują jak na karuzeli, kiedy się wygłupiają, a śmiech mojego dziecka słychać chyba w całym bloku. Robiąc zdjęcie próbuję uwiecznić radość. Zatrzymać ją dłużej niż na tę chwilę, kiedy trwa.

hygge

Siedzę na plaży i patrzę na zachód słońca. Czuję ciepło swojej opalonej skóry, zapach rozgrzanego piasku, a w ustach mam słony smak morza. Lekka bryza rozwiewa mi włosy, kiedy opieram głowę na ramieniu ukochanej osoby.

Leżę wygodnie na kanapie, z książką w ręku. Wokół roztacza się zapach herbaty z pomarańczą i goździkami. Światełka na choince błyszczą, a ich nieśmiały blask odbija się w kolorowych bombkach.

Stoję w kościele, naprzeciw osoby którą kocham najbardziej na świecie. Serce bije mi jak szalone, widzę łzy w jego oczach i jednocześnie uśmiech na twarzy. Kiedy wkłada mi obrączkę na palec i całuje w dłoń, cały promienieje. Mam wrażenie, że fizycznie widzę szczęście.

Mówiąc najbardziej oględnie, Duńczycy wcale nie odkryli Ameryki. I jestem przekonana, że każdy z nas od najmłodszych lat przeżył już wiele chwil hygge, ale w polskim słowniku nie ma na związane z nimi odczucia jednego określenia. Możemy do jej scharakteryzowania użyć kilkunastu zwrotów, takich jak: ‚ulotne chwile’, ‚drobne przyjemności’, ‚dobra atmosfera’, ‚wewnętrzny spokój’, ‚poczucie spełnienia’, ale prawdziwe hygge to tak naprawdę przeżywana w danej chwili emocja czy uczucie, a nie coś, co da się zamknąć w słowach.

Mówiąc bardziej obrazowo: jeśli kąpiel z bąbelkami cię relaksuje, odczuwasz hygge. Jeśli widzisz drewnianą, podniszczoną huśtawkę na której huśtałeś się w dzieciństwie i odczuwasz rozrzewnienie, to też jest hygge. Jeśli oglądasz zdjęcia i wspomnienia wywołują uśmiech na twarzy, to też hygge. Jeśli zasiadasz z rodziną do wieczornej kolacji, rozmawiacie, śmiejecie się, to poczucie wspólnoty i to, co was łączy to właśnie hygge. Przykłady można mnożyć w nieskończoność, wniosek jest jednak jeden.

Wciąż nie potrafimy skupiać się na tym, co w naszym życiu jest dobre, nie potrafimy cieszyć się z drobiazgów, odczuwać radości z naszego tu i teraz, zatrzymać się i wziąć oddech, nie żądać wciąż więcej, wciąż nie umiemy celebrować chwil i dlatego coś, co nazwalibyśmy swojskim „carpe diem” robi na nas tak piorunujące wrażenie i dla nas Polaków jest trochę jak odkrycie Ameryki…..w konserwach. ;) I dlatego zamiast naśladować Duńczyków, życzę każdemu by się na chwilę zatrzymał i znalazł w swoim życiu tę przestrzeń, tę wartość, te chwile i momenty, które można nazwać HYGGE.

Czy mam czego zazdrościć innym kobietom?

Standardowy

Gdybym miała wymienić jedną rzecz, która od stuleci łączy wszystkie kobiety, nie napisałabym o przyjaźni. Nie napisałabym też o tzw. „solidarności jajników” ani o wspólnych mianownikach typu macierzyństwo czy feminizm. Jest jednak jedna rzecz, która łączy wszystkie panie, choć dominująca większość nie będzie się chciała przyznać. Kobiety od zarania dziejów łączy wzajemna zazdrość.

Rys. Marta Frej

Rys. Marta Frej

Chociaż jestem typem osoby dość pewnej siebie, to nie będę ukrywać że czasem zazdroszczę innym kobietom. Jednak nie jest to zazdrość niszcząca, nie jest to uczucie które pali od środka i wywołuje we mnie chęć mordu. ;) Jest to raczej cichy podziw, a czasem nawet rozbawienie wynikające z obserwacji otaczającego mnie kobiecego świata. Czego więc zazdroszczę innym kobietom?

Gdybym na pierwszym miejscu nie napisała figury, przestalibyście dalej czytać. :) Ale wbrew pozorom nie mam tu na myśli idealnych proporcji 90/60/90 (chociaż bym się za takowe nie pogniewała), lecz bardziej to, by spodnie z sieciówek w teoretycznie moim rozmiarze faktycznie na mnie pasowały. Żebym miała smukłe uda, które nie będą generowały problemu pt. ‚rozmiar 38 lekko za szczupły w tyłku, a w rozmiarze 40 trzeba uciąć nogawki na wysokości kolan’. Takiej proporcjonalnej figury zazdroszczę innym kobietom, że gdy im przybędzie dwa kilogramy (czy pięć) to im się to pięknie po ciele (czytaj w cyckach) rozkłada. :) Całe szczęście, że chociaż wzrostu mi Bozia nie pożałowała, to przynajmniej tego nie muszę zazdrościć. ;)

Kolejną rzeczą, niejako symbiotyczną z idealną figurą, której zazdroszczę innym dziewczynom jest umiejętność zapanowania nad apetytem. Nie wiem, czy to umiejętność wrodzona czy wyuczona, ale zapanowanie nad tak ważną czynnością życiową jaką jest jedzenie, jest dla mnie równoważne do zdobycia Mount Everestu. Lubię jeść, zwłaszcza niezdrowo, a kiedy jestem głodna to nie potrafię skupić się na niczym i wręcz słyszę jak jedzenie nawołuje do mnie z lodówki. Dlatego też nigdy nie wytrzymałam na żadnej diecie dłużej niż tydzień, a kobietom zajadającym się w Maku sałatką od razu wręczałabym Nobla.

Idąc dalej tym tropem, muszę się przyznać, że zazdroszczę innym kobietom umiejętności dobierania ciuchów w taki sposób, że wyglądają niczym manekiny zdjęte z wystawy i co się niechybnie z tym wiąże zazdroszczę im umiejętności poruszania się na szpilkach. Jeśli o mnie chodzi to na szpilkach czuję się i wyglądam jak niedźwiedź na szczudłach – w cyrku to może zabawne, ale na ulicy już mniej – natomiast jeśli chodzi o tworzenie żurnalowych stylizacji to zdecydowanie preferuję jeansy i t-shirt, ewentualnie jakąś koszulę. Nie dla mnie koronki i tiule, a już stringi to dopust Boży (jak można całymi dniami nosić coś, co się wrzyna w….?!) I gdybym miała wyglądać jak dziewczyny którym zazdroszczę, musiałabym w galeriach handlowych ściągać gotowe zestawy ciuchów prosto z manekinów i prosić ekspedientki o dobranie rozmiaru. Co poradzisz, jak nic nie poradzisz – jak to kiedyś powiedział ktoś mądry: „Z małpy Barbie nie zrobisz” . :)

I na koniec patrząc z perspektywy mojego własnego ‚grajdołka’  muszę przyznać, że zazdroszczę bezdzietnym ich braku dzieci, a rodzicom z ilością dzieci 3, 4 i więcej zazdroszczę właśnie tej ilości. Tym drugim zazdroszczę dlatego, że dzieci to najwspanialsze co może być. Kiedy moje dziecko przychodzi, otula mnie ramionami i przeciągle woła „Mooooojaaa maaamaaa” to wszystkie chmury i złości rozwiewają się natychmiastowo. I gdybym wygrała w totka i mogła powiększyć metraż, to pewnie bym się na taką ilość dzieci zdecydowała. Jednak nie przemawia do mnie wizja „biedni ale razem” i całe życie w pieluchach, dlatego bezdzietnym zazdroszczę możliwości i przede wszystkim czasu wolnego. Bo mogą go trawić na różne prozaiczne przyjemności jak spędzanie całego dnia na zakupach, w salonach kosmetycznych na zabiegach – innymi słowy mają czas na dogadzanie najfajniejszej osobie jaką znają, czyli samemu sobie. ;)

Wyprawka dla noworodka, czyli czego NIE KUPOWAĆ?

Standardowy

Chociaż internet pełen jest porad dotyczących tego, co powinno znaleźć się w wyprawce dla noworodka, to wciąż gdy raz na jakiś czas pojawiam się w okolicznej hurtowni z artykułami dziecięcymi i obserwuję jak przyszli rodzice w towarzystwie sprzedawczyń kompletują zestaw dla malucha, jestem zaskoczona że aż tak bardzo można dać się naciągnąć.

 

Newborn Must Haves

 

 

Doskonale pamięta wół jak cielęciem był, bo minęły niespełna trzy lata odkąd sami kupowaliśmy naszą pierwszą wyprawkę dostając przy tym zawrotów głowy (choć bardziej ze względu na ceny). Jednak zawrót głowy to jedno, a brak zdrowego rozsądku to drugie, dlatego postanowiłam stworzyć taką listę wyprawkową, która podpowie przyszłym rodzicom: Co w wyprawce dla noworodka wcale nie będzie potrzebne, a z kupnem czego należy się chwilę wstrzymać?

  • Zestaw kosmetyków od A do Z, najlepiej antyalergicznych i z wyższej półki. Kosmetyków dla dzieci jest mnóstwo i wcale nie trzeba od razu kupować tych antyalergicznych, czy dla atopowców, żeby nadawały się dla dziecka. Podobnie rzecz ma się z proszkami do prania.
  • Laktator / nebulizator / urządzenie do podgrzewania mleka itp. to rzeczy, które zdecydowanie można kupić dopiero po porodzie, bo na zdrowy rozum nie wiadomo przecież, czy w ogóle będą nam do czegoś potrzebne. Laktator przyda się dopiero przy problemach z pokarmem, nebulizator to temat na osobną notkę, podobnie jak podgrzewacz do mleka. Moim zdaniem proponowanie przez sprzedawców wszystkich tych sprzętów to wyłącznie zabieg marketingowy, a nie wybór faktycznie przydatnych rzeczy.
  • Z elektroniczną nianią sprawa ma się dość podobnie. Jeśli mamy naprawdę duże mieszkanie albo dom i będąc w kuchni możemy nie usłyszeć płaczącego w pokoju noworodka, to taki zakup ma sens. Kiedy jednak masz dwa pokoje z kuchnią albo boisz się, że w nocy nie usłyszysz malucha, to mogę Cię wyprowadzić z błędu już teraz – żaden radar ani sonar nie jest tak czuły, jak matczyne ucho na kwilenie dziecka. :)
  • Z kupowaniem chust i nosidełek też warto zaczekać. Po pierwsze z powodów czysto zdrowotnych – warto by kręgosłup dziecka nieco się usztywnił (czyli gdzieś od 3 miesiąca) – pominąwszy fakt czy noszenie samo w sobie jest zdrowe czy nie, a i to nie gwarantuje, że dziecko będzie chciało w tym przebywać. Moje pierwsze dziecko dało się ‚uwiesić’ w chuście raptem dwa razy i do tego raptem na kilkanaście minut, bo o wyjściu w tym stanie z domu nie było nawet mowy.
  • Przewijak, który jest na każdej możliwej liście wyprawkowej jako rzecz niezbędna, w moim odczuciu wcale taki niezbędny nie jest. Przy Córci kupiliśmy sobie dwie maty i dziecko było przewijane na łóżku, na kanapie, na zwykłej ceracie i nie uważam, żeby było to złym czy niewygodnym dla kogokolwiek rozwiązaniem. ;)
  • Poduszki do leżenia, karmienia itd. to również rzeczy, które wcale nie muszą nam się przydać. Dopiero po porodzie przecież wiemy, czy wygodnie nam karmić dziecko na siedząco, trzymając je na rękach, leżąc bokiem na łóżku czy może w jeszcze innej pozycji. Może się więc okazać, że droga (chociaż wyglądowo wdzięczna) poduszka do karmienia to wcale nie jest rzecz niezbędna.

Oczywistym jest, że nie jestem w stanie wypisać tu wszystkich gadżetów, które oferują sklepy z artykułami dziecięcymi, dlatego w dużej mierze przyszli rodzice muszą polegać na własnym rozsądku. Warto przed wybraniem się na zakupy zrobić lub wydrukować z internetu taką listę wyprawkową i na spokojnie ją przeanalizować, by później w sklepie nie dać się niepotrzebnie naciągnąć. Rodzice, którzy tak jak ja kompletują wyprawkę dla drugiego lub kolejnego dziecka mają trochę łatwiej, ale tak to w życiu jest że każdy musi się nauczyć na swoich błędach. Powodzenia! :)