NOWY ADRES BLOGA, czyli przenosiny :)

Standardowy

Moi Drodzy Czytelnicy,

Przyszedł ten dzień, kiedy moje własne blogowe M zrobiło się za ciasne, więc pora się przeprowadzić. Zapraszam wszystkich na parapetówkę pod nowym adresem bloga:


https://matkowac-nie-zwariowac.blogspot.com/

Do zobaczenia! :)

Agni

koniec

 

Polskie dzieci tylko dla Polaków!

Standardowy

Odkąd „dobre zmiany” atakują nas na prawie każdej płaszczyźnie życiowej, odnoszę wrażenie, że szczyt głupoty i nieracjonalnego podejścia do rzeczywistości już dawno został osiągnięty. Gdy dotarła do mnie wieść, że Ministerstwo Rodziny ograniczyło możliwości adopcji polskich dzieci przez obcokrajowców i jednocześnie odebrało uprawnienia najbardziej doświadczonym w temacie Ośrodkom Adopcyjnym, ręce mi opadły. A gdy usłyszałam jeszcze, że umotywowano to kwestiami (tu cytat) „podtrzymywania więzi emocjonalnych z Polską” u dzieci oddawanych do adopcji, to już opadły mi nawet cycki.

dziecko1

Nie trzeba być specjalnie obeznanym w przepisach, ani też pracować w ośrodku by wiedzieć, że procedura adopcyjna w Polsce to droga przez mękę. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości to odsyłam do pierwszego lepszego forum dla ludzi starających się o adopcję. Zasadniczy problem z adopcją pojawia się w momencie, gdy dziecko jest chore lub jakkolwiek niepełnosprawne, gdy ma rodzeństwo lub jest nastolatkiem. W Polsce takich dzieci nikt nie chce, zaś za granicą znajdowało się rocznie prawie 300 rodzin, które te niechciane dzieci do siebie przyjmowało. Pytam więc, w czym problem?!

Różnice, jeśli chodzi o podejście do przyjęcia takich dzieci, są zasadniczo dwie. Pierwsza, to motywy jakimi kierują się ludzie podejmując decyzję o adopcji – w Polsce jest to niestety „ostatnia deska ratunku” dla ludzi, którzy nie mogą mieć dziecka w sposób naturalny, ale pragną je mieć. I myślę, że właśnie to pragnienie pomaga im przetrwać ciągnące się w nieskończoność procedury. W przypadku adopcji ze strony obcokrajowców, jak wynika z wypowiedzi pracowników ośrodków adopcyjnych, najczęściej jest tak, że mają oni swoje dzieci – jedno, dwoje, troje – czasem już nieco ‚odchowane’, ale mają też chęć, czas i pieniądze, by poświęcić się jeszcze jednemu istnieniu.

Druga kwestia to wiek i stan zdrowia dziecka. Wiadomo, każdy wolałby adoptować dziecko śliczne i zdrowe, w przedziale wiekowym 0-3 lata, choćby ze względu na fakt, że można kreować życie takiego dziecka praktycznie od samego początku, nie zważając na przeszłość. Nikt przecież nie weźmie sobie na garb wychowania trudnego nastolatka po przejściach, bo to wymaga zbyt wiele poświęcenia i pracy. Podobnie w kwestii dziecka chorego – w krajach zachodnich istnieje polityka społeczna z prawdziwego zdarzenia, a rodzice dostają na leczenie czy rehabilitację dziecka kwoty adekwatne do potrzeb. A w Polsce? Masz chore dziecko?! To się martw, przecież to twoje dziecko i twój problem!

Nasze Ministerstwo twierdzi, że „(…)Adoptowane dzieci, wychowywane poza granicami kraju, bardzo szybko tracą związki  z kulturą i językiem polskim i jedynie od wrażliwości nowych rodziców zależy, jak silnie i jak długo podtrzymywana będzie więź emocjonalna z Polską” * oraz że lekarstwem na brak adopcji krajowych będzie „Wzmacnianie świadczeń, takich jak choćby program „Rodzina 500 plus”, usług społecznych i zdrowotnych kierowanych do rodzin wychowujących dzieci,(…). Gdy jest to mimo wszystko niemożliwe – rosną szanse dzieci na znalezienie odpowiedniej rodziny adopcyjnej w Polsce”.

Nie bardzo wierzę w te cuda, bo przecież program 500+ trwa już od dobrych kilkunastu miesięcy, a nie słychać, by liczba chętnych do adoptowania dziecka wzrosła na tyle, że można placówki opiekuńcze pozamykać z dnia na dzień. Nie dość, że dzieci w domach dziecka jest mnóstwo, to tylko niewielki procent stanowią sieroty, bo reszta ma jednego albo nawet dwóch rodziców. I choćby nie wiem jak Ministerstwo sobie tego życzyło, z powodu pięciu stów rodzice nie zaczną się nagle troskliwiej zajmować dziećmi, a i chętnych na adopcję od tego nie przybędzie. Podobnie ma się program usług społecznych i zdrowotnych, który jest przecież tak ‚wspaniały’, że jeszcze niedawno rodzice niepełnosprawnych dzieci musieli koczować ze swoimi pociechami w sejmie, by w ogóle zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a i tak niewiele osiągnęli.

A największą bzdurą w całej tej sprawie jest pogląd, że dla dzieci przebywających w domach dziecka, chorych, niepełnosprawnych i już wystarczająco skrzywdzonych przez życie, najważniejsze jest poczucie „polskości” i kultywowanie kultury, zwyczajów i mowy ojczystej. I według naszego rządu lepiej być Polakiem w Polsce i całe życie spędzić jako dziecko niczyje, niż być Polakiem gdziekolwiek, ale w kochającej i szczęśliwej rodzinie.

 

*źródło cytatu: https://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5538,8544,problemy-adopcji-miedzynarodowych.html

Hygge – o tym, co każdy z nas zna od dawna, choć dotąd nie potrafił tego nazwać.

Standardowy

Jeśli poświęcacie choć odrobinę uwagi mediom – telewizji, internetowi – to z pewnością dotarło do waszych uszu takie pojęcie jak Hygge. Pielęgnowana od stuleci, a wykreowana medialnie przez Duńczyków hygge, czyli najogólniej ujmując sztuka osiągania/pielęgnowania szczęścia. I, choć niewiele osób wciąż to dostrzega, chodzi tu o coś więcej niż designerskie meble, kocyki i kilka świeczek. Mało tego, osiąganie hygge wcale nie jest taką trudną sztuką, bo każdy człowiek ma w swoim życiu co najmniej kilka ‚przestrzeni’ hygge, z których kompletnie nie zdaje sobie sprawy.

Spaceruję sobie w lesie, śnieg skrzypi mi pod butami, a przez oprószone korony drzew przebija się słońce. Światłocienie tańczą mi pod nogami, mróz szczypie mnie w nos i policzki, a z każdym wypowiedzianym przeze mnie słowem z ust wydobywa się para.

Kiedy widzę jak wygłupia się z naszą córką, uśmiecham się sama do siebie. Szybko łapię aparat i robię kilka zdjęć; kiedy ją podrzuca, kiedy oboje roześmiani wirują jak na karuzeli, kiedy się wygłupiają, a śmiech mojego dziecka słychać chyba w całym bloku. Robiąc zdjęcie próbuję uwiecznić radość. Zatrzymać ją dłużej niż na tę chwilę, kiedy trwa.

hygge

Siedzę na plaży i patrzę na zachód słońca. Czuję ciepło swojej opalonej skóry, zapach rozgrzanego piasku, a w ustach mam słony smak morza. Lekka bryza rozwiewa mi włosy, kiedy opieram głowę na ramieniu ukochanej osoby.

Leżę wygodnie na kanapie, z książką w ręku. Wokół roztacza się zapach herbaty z pomarańczą i goździkami. Światełka na choince błyszczą, a ich nieśmiały blask odbija się w kolorowych bombkach.

Stoję w kościele, naprzeciw osoby którą kocham najbardziej na świecie. Serce bije mi jak szalone, widzę łzy w jego oczach i jednocześnie uśmiech na twarzy. Kiedy wkłada mi obrączkę na palec i całuje w dłoń, cały promienieje. Mam wrażenie, że fizycznie widzę szczęście.

Mówiąc najbardziej oględnie, Duńczycy wcale nie odkryli Ameryki. I jestem przekonana, że każdy z nas od najmłodszych lat przeżył już wiele chwil hygge, ale w polskim słowniku nie ma na związane z nimi odczucia jednego określenia. Możemy do jej scharakteryzowania użyć kilkunastu zwrotów, takich jak: ‚ulotne chwile’, ‚drobne przyjemności’, ‚dobra atmosfera’, ‚wewnętrzny spokój’, ‚poczucie spełnienia’, ale prawdziwe hygge to tak naprawdę przeżywana w danej chwili emocja czy uczucie, a nie coś, co da się zamknąć w słowach.

Mówiąc bardziej obrazowo: jeśli kąpiel z bąbelkami cię relaksuje, odczuwasz hygge. Jeśli widzisz drewnianą, podniszczoną huśtawkę na której huśtałeś się w dzieciństwie i odczuwasz rozrzewnienie, to też jest hygge. Jeśli oglądasz zdjęcia i wspomnienia wywołują uśmiech na twarzy, to też hygge. Jeśli zasiadasz z rodziną do wieczornej kolacji, rozmawiacie, śmiejecie się, to poczucie wspólnoty i to, co was łączy to właśnie hygge. Przykłady można mnożyć w nieskończoność, wniosek jest jednak jeden.

Wciąż nie potrafimy skupiać się na tym, co w naszym życiu jest dobre, nie potrafimy cieszyć się z drobiazgów, odczuwać radości z naszego tu i teraz, zatrzymać się i wziąć oddech, nie żądać wciąż więcej, wciąż nie umiemy celebrować chwil i dlatego coś, co nazwalibyśmy swojskim „carpe diem” robi na nas tak piorunujące wrażenie i dla nas Polaków jest trochę jak odkrycie Ameryki…..w konserwach. ;) I dlatego zamiast naśladować Duńczyków, życzę każdemu by się na chwilę zatrzymał i znalazł w swoim życiu tę przestrzeń, tę wartość, te chwile i momenty, które można nazwać HYGGE.