Na nowy rok potrzebujesz tylko jednego postanowienia. ;)

Standardowy

W zeszłym roku o tej porze pisałam o postanowieniach noworocznych – że trzeba zrobić bilans co nam tak właściwie w duszy gra i co jest do szczęścia potrzebne, potem wybrać to co najbardziej osiągalne, a później już tylko brać się do pracy. Dziś sobie myślę, że dwa dni przed końcem starego roku mogę sobie złożyć – i każdemu to polecam – wyłącznie jedno postanowienie: znaleźć ciekawy pomysł na siebie samego.

I myślę sobie, że dużo bardziej wartościowe będzie znalezienie takiego postanowienia, którego realizacja przyniesie nam nie tyle satysfakcję czy podziw u innych, ale po prostu przyjemność. I nie neguję tu pomysłów na zmianę odżywiania, przejście na dietę, zrzucenia 15 kilogramów – swoją drogą wszystko to mam w planach po porodzie – ale dużo lepszym pomysłem wydają mi się deklaracje w stylu: „w 2017 przeczytam 200 książek” – to przyjemne i na pewno prostsze, bo  kartę biblioteczną można wyrobić za darmo albo „w 2017 odwiedzę co najmniej 10 ciekawych miejsc” – zapowiada się nieźle i wcale nie trzeba szukać za granicą, bo jako licencjonowany pilot wycieczek mogę zapewnić że bez problemu podam 10 miejsc w kraju, o których nie mieliście pojęcia, a które trzeba odwiedzić. ;)

postanowienie

Ale hasło ‚znaleźć pomysł na siebie’ może mieć zupełnie inne znaczenie. Możemy się skupić na rozwijaniu swoich pasji czy umiejętności, np. na nauce języków obcych albo równie dobrze podjąć się realizacji postanowień, które będą wartością dodaną wyłącznie dla nas samych np. nauczyć się gry w szachy, szycia na maszynie, robienia na drutach, origami itp. I owszem, będziemy mogli się tym pochwalić przed znajomymi, ale większą przyjemność będziemy odczuwać z samej realizacji celu i tego, że w końcu potrafimy to, czego chcieliśmy się nauczyć.

Każdemu kto robi dziś podsumowanie i plany na przyszłość, polecam podejść do tematu w ten sposób. Po pierwsze, łatwiej zrealizować jedno czy dwa postanowienia, nawet jeśli nie zaczniemy już 1 stycznia ale tydzień czy miesiąc później, a po drugie to oczywiste że dużo łatwiej się dąży do rzeczy przyjemnych i przychodzących w przyjemnej atmosferze – chęć pobicia rekordu w ilości przeczytanych książek w miesiącu przyjdzie mi dużo łatwiej niż rekord w zrzucaniu kilogramów ;).

Tak czy siak patrząc na to, co mnie czeka w przyszłym roku, myślę że liczą się w pierwszej kolejności chęci, a zaraz potem to by pomysł na siebie, choćby jeden najmniejszy, udało się zrealizować.

A wszystkim, którzy tu zaglądają życzę w Nowym Roku pomysłów na siebie, wytrwałości w realizowaniu planów i finalnych efektów, z których sami będziecie najbardziej zadowoleni. :) Szczęśliwego Nowego Roku! :)

Hipokryzja społeczna, czyli może powinnam przestać udzielać się na forach. :)

Standardowy

Kiedy dwa lata temu byłam świeżo upieczoną mamą, a wszystko co z macierzyństwem związane było dla mnie nowe, ciekawe i naturalne, rozgorzała dyskusja o publicznym karmieniu piersią. Myślałam wtedy o tych porozwieszanych na szpitalnym korytarzu plakatach, nawołujących do karmienia piersią najdłużej jak się da, bo to „najlepsze co matka może dać dziecku”. Z drugiej strony czytałam i oglądałam w telewizji oburzone społeczeństwo, mówiące o goliźnie, obrzydliwych widokach przy jedzeniu itp. Napisałam wtedy notkę o „uwolnieniu cycków”, bo na tamten dzień uważałam i dziś nadal uważam, że (w granicach rozsądku) w publicznym karmieniu nie ma nic oburzającego. Nie raz w moim towarzystwie kobiety karmiły piersią, a i mnie osobiście zdarzyło się karmić publicznie tylko kilka razy. Śpieszę wyjaśnić, że wcale nie był to zabieg przemyślany – po prostu moje dziecko na początku bardziej wolało spać lub eksplorować świat niż jeść, więc spacer czy zakupy mogłam sobie zaplanować w takim czasie, żeby i dziecku i mnie było wygodnie.

Wszystko to przypomniało mi się teraz dlatego, że na wokandę w wiadomościach wieczornych powrócił temat matki, którą w gdańskiej restauracji odesłano w calu nakarmienia niemowlaka…do kibla. Celowo piszę tak obcesowo ‚do kibla‚ a nie ‚do łazienki’, żeby wskazać absurd tej sytuacji, chociaż jak dla mnie w tej sytuacji nazewnictwo ma najmniejsze znaczenie. I gdyby mnie ktoś zaproponował jedzenie w łazience, to też bym się popukała w czoło i czuła się oburzona, może też dyskryminowana. Gdybym była bezdzietnym akurat (bo tak w ogóle to już się nie da) gościem restauracji, weszła do toalety i zobaczyła siedzącą na WC kobietę karmiącą dziecko, sama z siebie zapytałabym managera czy takie standardy to u nich norma. Nie wspominając już o tym, że kultura jedzenia niektórych ludzi aż prosi się o to, by ich z talerzem wysłać do łazienki albo najlepiej od razu do chlewika, a jednak nikt tego nie robi.

Podobnie rzecz ma się z publikowaniem na portalach społecznościowych zdjęć uznanych za nazbyt intymne, prywatne, na przykład takich świeżo po porodzie. Pierwsze pytanie, jakie mi się nasuwa brzmi „Kiedy zdjęcie jest zbyt prywatne?”. Czy czyjś maluch na plaży, z gołym tyłkiem jest? Albo kobieta opalająca się topless na riwierze? Ludzie przecież pokazują wszystko. Co do zdjęć po porodzie, to nie mam tu na myśli zdjęć porodu nad rzeką, który to uwieczniła jakaś amerykańska ‚naturalistka’ (widać wiele, jeśli nie wszystko), a zdjęcie udostępnione przez męża jakiejś blogerki, na którym kobieta jest w koszulce, widać jej kawałek brzucha na którym właśnie położono nowo narodzonego maluszka (delikatnie brudnego) w towarzystwie fragmentu pępowiny. Pod takim zdjęciem właśnie dałam się wciągnąć w dyskusję.

„Obrzydliwe!”, „Ekshibicjonizm!”, „Nie mogę na to patrzeć!”

Tego rodzaju komentarze, które pojawiły się pod tym zdjęciem wywołały we mnie falę emocji. Pierwsze o czym pomyślałam – co za naród HIPOKRYTÓW mnie otacza. Ludzie bez skrępowania oglądający (i nieraz prezentujący) goliznę w różnych wydaniach, obcych dla siebie ludzie uprawiający seks w BigBrotherze, zjadanie robaków, wyciskanie pryszczy – TAK! wpisując na YT hasło „pryszcz” wyskakują filmiki mające pół miliona wyświetleń (WTF?!) – i tym podobne paskudztwa, od których moje (wytrzymałe dość) flaki przewracają się z lewej na prawą i na odwrót. TO ICH NIE OBRZYDZA! A mierzi ich widok nowo narodzonego dziecka i kawałka pępowiny! To zbyt intymne!

matki na forach

W przebłysku frustracji dociera do mnie, że może cała ta nagonka i nieracjonalne oburzenie są na pokaz i ja się tu niepotrzebnie podniecam. Albo może już tak nam się społeczeństwo wypaczyło, że to co jest normalne i naturalne od początku świata stało się tematem tabu, a wszelkie obrzydlistwa i dewiacje są powodem do dumy?

Potem sobie myślę, że może chodziło o rozgłos? A może był to po prostu odruch radości – w końcu złe informacje spływają zewsząd, dlaczego więc nie podzielić się czymś dla nas radosnym? Aż w końcu pomyślałam, co to będzie jak ktoś oburzony u znajomych na profilu zobaczy moje zdjęcie zaraz po porodzie (o ile takie wrzucę :P )? I właściwie czemu miałabym nie wrzucić, przecież tyle jest treści na fejsiku, że moje zdjęcie powinno przepaść w tym morzu „dobrobytu”. :P I co będzie, jak na wiosnę wyjdę na spacer i przyjdzie mi nakarmić dzieciaka w parku na ławce między babciami? A gdybym wpadła na szalony pomysł wyjść z dziećmi do ludzi?

Tak, bo zdecydowanie przez wzgląd na wypaczone poczucie ‚obrzydliwości’ nie zamierzam się zamknąć w domu na cztery spusty. :P :)

 

PS: It’s a boy! :)

Dobrze czasem odrobinę odpuścić… ;)

Standardowy

Niejednokrotnie zdarza się, że ledwo przekroczę próg domu, a już wpadam z wir działań. Naczynia do zmywarki-okruszki do kosza-śmieci za drzwi-pranie do pralki-zabawki na swoje miejsce-pół godziny później… Bywa, że uprane ciuchy zalegają na krześle od kilku dni (czy to nie zabawne, że w szafie nigdy się nie mieszczą, a na krześle zawsze?), stosy talerzy piętrzą się w okolicach zlewu i zmywarki, w każdym pomieszczeniu potykam się o inną zabawkę – i nie reaguję. Aż do dnia, kiedy wpadam jak tornado i gdzie nie przelecę to zgarniam wszystko ze sobą.

Mój mąż się śmieje, że sama sobie kierat narzucam. I że po powrocie z pracy powinnam usiąść, napić się herbaty i dopiero później zabrać się za ogarnianie domu. Choć przesadza, mówi: „Mogłabyś chociaż buty i kurtkę zdjąć, zanim się rzucisz w swój kierat”. Albo mogłabym sobie po prosu odpuścić. Mogłabym?

My kobiety często mamy takie poczucie, że jak same czegoś nie zrobimy, nie dopilnujemy, to nikt za nas tego nie zrobi. I choćby mężowie byli najlepsi i najbardziej pomocni, to my dbamy o obowiązki domowe, o odrobione lekcje, uprasowane koszulki, zajęcia pozalekcyjne. Kalendarz zadań to nasza domena, mogę stwierdzić – i tu przypomina mi się obrazek z poprzedniej wizyty u ginekologa, kiedy w poczekalni siedziałam obok pani z takim właśnie kalendarzem, w którym wertowała kolejne kartki zapisane takimi hasłami jak basen, angielski, lekarz, trening, karate, korepetycje, fryzjer.  Może wynika to z faktu, że jesteśmy lepiej zorganizowane, mamy lepszą pamięć? A może właśnie z tego, że mamy w zwyczaju nie polegać na nikim innym oprócz siebie samych?

Ale są takie sfery, w których gdybyśmy sobie lekko odpuściły, nic by się nie stało. Pranie przecież nie zając i nie uwierzę, że w połowie tygodnia macie takie pustki w szafie, że bez trzech prań się nie obejdzie, że świat się zawali gdy rodzina nie zje obiadu z dwóch dań w stylu rosół z kotletem – pizza, nawet dwa razy w tygodniu to nie grzech, zbieranie zabawek co chwilę też się nie opłaca, bo dziecko i tak wie, że lepiej rozsypać wiadro zabawek w wysprzątanym salonie, niż we własnym pokoiku.  Dlatego podoba mi się obrazek poniższy: Brudne naczynia dowodzą, że moja rodzina jest nakarmiona. Zabałaganiona podłoga, że dzieci dobrze się bawią. Stos prania świadczy o tym, że moja rodzina ma czystą odzież. Mokra podłoga w łazience, że dzieci właśnie brały prysznic – Więc następnym razem, kiedy przyjdziesz do nas, zastanów się, zanim ocenisz. Jeśli przychodzisz zobaczyć się z nami, zapraszamy. Jeśli przychodzisz obejrzeć dom, umów się wcześniej

I w związku z tym, idę się teraz sama zastosować do własnych mądrości, czyli nie zwracając uwagi na stos garów w kuchni i bałagan na podłodze, po prostu się położę. ;)