Porzuciłam bloga, ale wcześniej porzuciłam siebie.

Standardowy

Przez jakąś część swojego życia byłam przekonana, że pisanie przychodzi mi łatwo, że nie brakuje mi ani słów ani polotu. Wypracowania i rozprawki to była pestka, słowa spływały falami tak, że pracę licencjacką napisałam w miesiąc z groszami (bo przecież to nic wielkiego) i nawet napisanie książki, choć z różnych względów rozłożyło się w czasie na ponad rok, wydawało mi się samą przyjemnością. Wszystko do czasu, aż nie porwałam się na pisanie bloga.

Kiedy zostałam pełnoetatową mamusią wszystko było nowe, ciekawe i porywające. Zasób płaszczyzn, które mnie dotyczyły znacznie się powiększył, a i czasu mi nie brakowało – wbrew opinii 90% kobiet, które zostały matkami – dlatego płynąc trochę na fali popularności blogów i blogerów, podjęłam to wyzwanie. W krótkim opisie, który zamieściłam napisałam, że macierzyństwo wciąż dostarcza mi tematów by pisać. Aż w końcu pewnego dnia doszłam do wniosku, że nie potrafię być aż tak monotematyczna. Można to było zauważyć w końcowej fazie mojego pisania, kiedy moje posty coraz częściej dotyczyły wszystkiego, tylko nie tematu rodzicielstwa. I niech się nie oburzają mamy-blogerki, które mają tę zdolność pisania długich kolaboratów o rozmiarach pieluch, rodzajach pieluch, wyższości pieluch nad tetrą i dziesięciu innych aspektów jednego i tego samego tematu. Chwała Wam za to, że potraficie rozłożyć coś na czynniki pierwsze i jeszcze to rozwinąć. Ja w pewnym momencie straciłam tę umiejętność, choć z perspektywy czasu myślę, że wcale jej nie miałam.

Przyszedł też dzień, w którym  wkurzyłam się na macierzyństwo, że tak bezczelnie przyćmiło mi całą moją pozostałą „zawartość” mojej osoby. Miałam przecież ‚przed dzieckiem’ swoje pasje, drobne hobby, zainteresowania. Generalnie mnóstwo rzeczy, którymi można i warto podzielić się w sieci. Ale gdzieś mi to wszystko umknęło, a kiedy się obudziłam z tego rodzicielskiego snu, po prostu wzięłam urlop od blogowania. Porzuciłam go trochę, to fakt, ale bez zakładania, że to jego definitywny „the end”. I wychodziłoby na to, że się nie pomyliłam w ocenie, skoro właśnie piszę to co piszę, ale to się dopiero okaże, w zależności od tego czy będzie ciąg dalszy…

4 przemyślenia na temat “Porzuciłam bloga, ale wcześniej porzuciłam siebie.

  1. Ja zostałem świeżym, ale poczwórnym już dziadkiem. Wydaje mi się, że wiem o czym piszesz w tym wyjaśnieniu przerwy w pisaniu bloga.
    Namawiam do kontynuacji już w zmienionej formule.
    Fakt, że przebojem zdobywałaś przestrzeń blogosfery i zaliczono Cię do Loży świadczy o docenianiu wszelkich Twoich talentów, nie tylko macierzyńskich.
    Przemyśl to i działaj

  2. Pisz o tym o czym czujesz potrzebę pisania. Ja zakładając bloga w ogóle nie zakładałam, że będzie parentingowy. Z czasem tak wyszło samo w praniu, że teraz obecnie najlepiej mi się na ten temat pisze. Ale nie jest powiedziane, że tak zostanie, dlatego w nazwie nie ma nic z macierzyństwa, ale sam mój pseudonim. Po prostu takie moje miejsce w sieci.
    Mam nadzieję, że wena wróci, bo bardzo fajnie się Ciebie czyta.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>