Kwestia aborcji rozbija się o wolność wyboru.

Standardowy

Człowiek po to otrzymał „wolną wolę” aby sam mógł dokonywać wyboru. By mógł zdecydować, czy chce być dobry i uczciwą pracą zarabiać na chleb, czy chce być mordercą i złodziejem i w taki sposób się utrzymywać, czy leżąc na łożu śmierci będzie mógł zażądać by go ratowano choćby miał być warzywem albo by mu dali umrzeć w świętym spokoju.  Można by rzec, że całe nasze życie opiera się na jakichś wyborach. Wybieramy sobie szkołę, potem studia, wybieramy lekarza i pielęgniarkę  w przychodni, wybieramy sobie drugą połowę z którą chcemy iść przez życie, wybieramy dzieciom przedszkole, wybieramy banki czy sklepy w których chcemy robić zakupy. Decydujemy o sobie w sprawach poważnych i prozaicznych. Stanowimy o sobie – jak to się ładnie w cywilizowanym świecie mówi.

Jestem osobą myślącą, wykształconą i wierzącą. Wszystkie trzy, a to ostatnie w pewnych kwestiach najbardziej, ukierunkowują mój tok myślenia i postępowania. Wiem, że wyrządzanie drugiemu człowiekowi krzywdy, zwłaszcza w majestacie prawa, to bestialstwo a nie sprawiedliwość. Wiem też, że tak jak ‚Państwo’ nie decyduje za nas, który bank mamy wybrać i jaki kredyt, jaką formę leczenia kiedy dopadnie nas rak czy inna choroba, tak nie powinno chcieć decydować o naszych ciałach, tym co dla nas religijne, etyczne czy moralne. Dlaczego ktoś próbuje ciągnąć nas wszystkich jak bydło, razem na jednym łańcuchu i tylko w jednym możliwym kierunku?

Kiedy jako kobieta i matka spróbuję sobie wyobrazić, że ktoś zgwałci mnie albo moją córkę i któraś z nas zajdzie w ciążę, to przechodzi mnie dreszcz. Kiedy pomyślę, że NIE będziemy mogły zdecydować czy jesteśmy na to gotowe psychicznie – innymi słowy – czy cud poczęcia, 9 miesięcy oczekiwania i cud narodzin będziemy umiały potraktować jak cud? Czy będą jednak dla nas męką rozpamiętywania tego co nas spotkało i tragedią odrzucenia niczemu nie winnego dziecka? O odrzuceniu przez otoczenie czy brak wsparcia ze strony decydującego ‚Państwa’ nie wspomnę….

Kiedy jako kobieta i matka spróbuję sobie wyobrazić, że ciąża moja, albo w przyszłości mojej córki będzie w jakiś sposób zagrażała naszemu  życiu, przechodzi mnie dreszcz. Przy pierwszej ciąży powiedziałam do męża, że w razie czego ma ratować dziecko. Przerażony popatrzył i powiedział „Choć to okrutne, wolał bym ratować ciebie, bo ty jesteś jedna, a dziecko być może jeszcze będzie”.  I kiedy wyobrażam sobie, że zlepek komórek, zarodek, czy jak go tam zwał nie dotrze do macicy, która fizjologicznie jest stworzona przyjąć coś co będzie się rozwijało i rosło, a zatrzyma się np. w jajowodzie by w pewnym momencie go po prostu rozerwać, wywołać krwotok i pewnie śmierć… Jestem przerażona na samą myśl, że lekarz nie będzie mógł mnie i mojej córki uchronić przed śmiercią, bo ważniejsze ODE MNIE będzie TO co jest we mnie.

„(…)Patrząc na dokumenty Kościoła nigdzie nie jest powiedziane, że od poczęcia mamy do czynienia z człowiekiem, z osobą. Mowa jest raczej o tym, że embrion powinien być traktowany jak osoba. Owszem Kościół, ma wątpliwości co do tego co powstanie z zarodka, ale zawsze rozstrzygamy na korzyść życia. Dlatego dokumenty Kościoła mówią, że embrion nie ma godności osoby ludzkiej, ale że „należy mu się godność właściwa osobie ludzkiej” (…)”. *

W kontekście tej wypowiedzi mam ochotę zapytać, dlaczego embrionowi/komórce która dopiero może stać się człowiekiem należy się godność właściwa osobie ludzkiej, a kobiecie która musi poświęcić swoje ciało i nie raz życie odmawia się tego? Gdyby ktoś pomyślał, że ja katoliczka zachęcam do aborcji i uznaję to za doskonałe rozwiązanie, niech wie że jest w dużym błędzie. Ja jedynie myślę, że po to dostaliśmy wolną wolę byśmy mogli o sobie samych decydować. Ten, który jest wierzący postąpi inaczej niż ten, który ma własną filozofię życia. Ale i jeden i drugi, niezależnie od poglądów i wyznawanej religii ma prawo do godności. Do poczucia bezpieczeństwa, że we własnym kraju nie potraktują cię jak przestępcę, kiedy spotka cię tragedia jaką jest poronienie czy kiedy okaże się, że twoje dziecko po urodzeniu nie przeżyje nawet 5 minut.

Drażni mnie trochę taka hipokryzja narodu, dla którego komórka/zarodek ma być traktowany jak człowiek ale już jajko nie będzie nigdy kurczakiem. Drażni mnie hipokryzja narodu, który jest tak bardzo religijny i pro-life, że gdy kobieta straci dziecko w 12 czy 16 tygodniu ciąży, to odmawia jej się wyprawienia pogrzebu, bo zarodek to nie człowiek.

14439022_1176804002358420_1088524048_o

Nie chodzi o to, czy jestem za aborcją, czy przeciw. Czy jestem katoliczką czy nie. Nie zamierzam nikomu mówić, co ma robić ze swoim życiem, zdrowiem ani co ma wziąć na swoje sumienie. Chcę tylko, by w wolnym kraju każdy obywatel mógł sam swoją drogę sobie wybrać. I mówię to ja: kobieta i już matka, a do tego w 13 tygodniu kolejnej ciąży.

#czarnyprotest

http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/704591,od-kiedy-zarodek-jest-czlowiekiem-dwuglos-naukowcow-i-teologow-w-poznaniu,id,t.html

Czy macierzyństwo naprawdę ogłupia?

Standardowy

Natrafiłam ostatnio w internecie wśród różnych sugerowanych mi do przeczytania artykułów, na wpis z bloga MamaLife chwytliwie zatytułowany „Czy macierzyństwo naprawdę ogłupia?”. Na wstępie autorka przytaczała wiadomość od jednej ze stałych czytelniczek, która napisała że przestaje ‚lubić’ bloga na wiadomym portalu społecznościowym, bo jak twierdzi, macierzyństwo ogłupiło autorkę i jej tekstów nie da się już czytać. Nie znałam bloga, choć tematyki łatwo się domyślić, ale z ciekawości artykuł przeczytałam. Doszłam do wniosku, że w kontekście wysnutego przeze mnie w poprzedniej notce twierdzenia, że macierzyństwo okradło mnie z moich pozostałych ‚niemacierzyńskich’ przymiotów możemy z autorką MamaLife znaleźć wspólny mianownik, to już po lekturze tekstu wiedziałam że wyszło pół na pół.

Jeśli więc ktoś miałby jeszcze wątpliwości, to wszem i wobec ogłaszam, że TAK – jak najbardziej, macierzyństwo ogłupia kobiety. Nie wszystkie – na szczęście! – ale jednak. I nie mam tu na myśli tego zagubienia czy braku podziału między macierzyństwem a pozostałym ‚normalnym’ życiem, o którym pisałam w swoim kontekście w poprzedniej notce. Mam na myśli ogłupienie w postaci wyzbycia się resztek zdrowego rozsądku, empatii czy zwykłego człowieczeństwa w dowolnej konfiguracji.

I tak oto na placu zabaw, grupa matek pytluje sobie w najlepsze, podczas gdy ich kilkuletnie dzieci okupują zjeżdżalnię i drabinki. Nie było by nic zdrożnego w tym walnym podwórkowym zgromadzeniu, gdyby nie fakt, że po dwóch minutach dzieci zaczynają spadać ze zjeżdżalni i chwilę później kotłują się w piachu okładając pięściami. Albo dwie mamusie z głębokimi wózkami idące spacerem i dywagujące, podczas gdy jeden mały dwulatek na rowerku biegowym pół kilometra przed nimi wpada na ulicę wprost pod koła samochodu. I zamiast nauczyć dziecko, by się nie oddalało, drze się z kilometra: „Jasiu stój! Stój mama mówi! Samochód jedzie, Jasiu, stój!”. Ale dwuletni Jasiu nie ma ani odczucia odległości ani wyrobionego myślenia przyczynowo-skutkowego, choć jak widać u mamy Jasia też z myśleniem nie najlepiej.

Innym przykładem pewnego ogłupienia jest sytuacja, kiedy dziecko staje się alibi dla matki. Pretekstem do domagania się wszystkich praw, nawet tych które niekoniecznie im się należą. I znów matka z dwulatkiem w wózku wkracza do wydziału komunikacji i gdy nikt się nie zgłasza na wywoływany numerek atakuje urzędnika tekstem: „To ja podejdę, jestem z dzieckiem, a przede mną jest 6 osób jeszcze.” Młody chłopak informuje ją więc, że aby wszystko było po bożemu to musi w informacji pobrać uprzywilejowany numerek(dla matek z dziećmi, inwalidów, kombatantów itd.) i ją obsłuży od ręki, na co wojownicza matka wpada w szał i drze się na cały urząd: „No tak, dziecko już mi się obudziło, zaraz zacznie wrzeszczeć! A pan mnie nie obsłuży! Ale dobrze, poczekajmy aż zacznie wrzeszczeć!”.  W tym czasie uśmiechnięty niemowlak z oczami jak pięciozłotówki przygląda się zszokowanym minom ludzi z pytaniem: kto tu wpuścił tę wariatkę…?

Oczywiście macierzyństwo bardzo ubogaca i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Jeśli ma się odrobinę szczęścia albo trochę więcej samozaparcia, można się rozwinąć na wielu polach, o czym napisała autorka MamaLife. Nie zmienia to faktu, że normalnych ludzi, w tym też inne matki – jak na przykład mnie – wyprowadzają z równowagi paradujące środkiem jezdni ‚wózkowe królowe’, pozwalające na wszystko zwolenniczki bezstresowego wychowania, sklepowym terrorystki które przejadą ci wózkiem po nodze bez zająknięcia albo które musisz przeskoczyć, gdy zastawią całą alejkę bo właśnie spotkały inną mamusię z osiedla, to też osiedlowe zawalidrogi, które stadami wędrują w mozolnym tempie tarasując pozostałym drogę. Można to mnożyć i dzielić w nieskończoność.

Można by rzec, że wszystko co napisałam to występujące w dzisiejszych czasach coraz częściej zjawisko piętnowania matek. No tak, przecież na pęczki jest ludzi nierozsądnych, nieuważnych, niemyślących, po prostu głupich, których to głupota często gęsto utrudnia jeszcze życie tym bardziej normalnym. Ja jednak bazując na własnych doświadczeniach i obserwacjach jestem w stanie dużo łatwiej przyjąć do wiadomości, że ktoś się urodził kretynem, niż że go tak wspaniała sprawa jak macierzyństwo po prostu cofnęła w rozwoju.

Porzuciłam bloga, ale wcześniej porzuciłam siebie.

Standardowy

Przez jakąś część swojego życia byłam przekonana, że pisanie przychodzi mi łatwo, że nie brakuje mi ani słów ani polotu. Wypracowania i rozprawki to była pestka, słowa spływały falami tak, że pracę licencjacką napisałam w miesiąc z groszami (bo przecież to nic wielkiego) i nawet napisanie książki, choć z różnych względów rozłożyło się w czasie na ponad rok, wydawało mi się samą przyjemnością. Wszystko do czasu, aż nie porwałam się na pisanie bloga.

Kiedy zostałam pełnoetatową mamusią wszystko było nowe, ciekawe i porywające. Zasób płaszczyzn, które mnie dotyczyły znacznie się powiększył, a i czasu mi nie brakowało – wbrew opinii 90% kobiet, które zostały matkami – dlatego płynąc trochę na fali popularności blogów i blogerów, podjęłam to wyzwanie. W krótkim opisie, który zamieściłam napisałam, że macierzyństwo wciąż dostarcza mi tematów by pisać. Aż w końcu pewnego dnia doszłam do wniosku, że nie potrafię być aż tak monotematyczna. Można to było zauważyć w końcowej fazie mojego pisania, kiedy moje posty coraz częściej dotyczyły wszystkiego, tylko nie tematu rodzicielstwa. I niech się nie oburzają mamy-blogerki, które mają tę zdolność pisania długich kolaboratów o rozmiarach pieluch, rodzajach pieluch, wyższości pieluch nad tetrą i dziesięciu innych aspektów jednego i tego samego tematu. Chwała Wam za to, że potraficie rozłożyć coś na czynniki pierwsze i jeszcze to rozwinąć. Ja w pewnym momencie straciłam tę umiejętność, choć z perspektywy czasu myślę, że wcale jej nie miałam.

Przyszedł też dzień, w którym  wkurzyłam się na macierzyństwo, że tak bezczelnie przyćmiło mi całą moją pozostałą „zawartość” mojej osoby. Miałam przecież ‚przed dzieckiem’ swoje pasje, drobne hobby, zainteresowania. Generalnie mnóstwo rzeczy, którymi można i warto podzielić się w sieci. Ale gdzieś mi to wszystko umknęło, a kiedy się obudziłam z tego rodzicielskiego snu, po prostu wzięłam urlop od blogowania. Porzuciłam go trochę, to fakt, ale bez zakładania, że to jego definitywny „the end”. I wychodziłoby na to, że się nie pomyliłam w ocenie, skoro właśnie piszę to co piszę, ale to się dopiero okaże, w zależności od tego czy będzie ciąg dalszy…