Branża budowlana musi się rozwijać, czyli odnawiamy nasze M.

Standardowy

Jak już kiedyś pisałam, moją wielką aczkolwiek niezrealizowaną aspiracją są różnej maści prace budowlano-remontowo-aranżacyjne. Od czasów, gdy byłam jeszcze nastolatką i gdy mniej więcej co dwa miesiące organizowałam w swoim pokoju przemeblowanie w zakresie na jaki tylko pozwalał mi skromny metraż (a czasem i przemalowanie), po dzisiejszy dzień kombinuję, jak upiększyć swoje lokum. :)

Dziś kiedy mam już całe mieszkanie do dyspozycji, mam również większe pole do popisu. Odkąd się wprowadziliśmy, nasze aranżacje ograniczyły się do kupienia pomalowania ścian i kupienia mebli do kuchni. Na nasze wtedy szczęście, meble w salonie dostaliśmy w spadku po poprzedniej właścicielce, a sypialniane przyjechały ze mną z domu rodzinnego. I od razu uczulam wszystkich, którzy się kiedykolwiek zabiorą do organizowania własnego „M” : jeśli macie ograniczony budżet (albo go nie macie), nie wybrzydzajcie na to, co rodzina czy obcy ludzie chcą wam podarować, nawet jeśli każdy mebel – jak w naszym wypadku – jest z innej parafii. Minie rok albo dwa i odłożycie na nowe wyposażenie.

W związku z powyższym przyszła pora również na odświeżenie naszego mieszkania tym bardziej, że perspektywa budowy domu (moje wielkie marzenie) niestety jest jeszcze dość odległa. Mało tego, poczułam chyba już wiosnę,
bo w przyszłym miesiącu planuję też doprowadzić balkon do stanu użyteczności. Jeśli chodzi o balkon, to może wyda wam się to śmieszne, ale dopiero pierwszy raz zawisną tam kwiaty w doniczkach. Można się śmiać, ale ponieważ przerażają mnie małe żółto-czarne potwory, do tej pory nie ulegałam namowom męża. Co więc się zmieniło? A no poza niezaspokojonym poczuciem estetyki (haha!) wyczytałam, że do niektórych rodzajów kwiatów pszczoło-potwory nie przylatują nadmiernie. Postanowiliśmy więc posadzić wrzos. Efekt zaprezentuję, jak będzie gotowe.

Wracając jednak do wnętrza: można by napisać poradnik w stylu „Jak w 5 krokach odmienić mieszkanie”. Gdyby ktoś mnie o to zapytał, mogę wymienić następujące:

1. Podwieszany sufit – nic tak nie dodaje uroku pomieszczeniu, a dodatkowo nie spełnia również funkcji oświetleniowo-nastrojowych. My oczywiście postawiliśmy na niego, ale w bardziej klasycznym wydaniu.

2. Kamień ozdobny – efektowny, w połączeniu z dobrym oświetleniem – nawet bardzo. Łatwy w samodzielnym montażu, ale nie wiem czy równie łatwy w utrzymaniu (ciężko chyba utrzymać chropowatą powierzchnię niezakurzoną). Tak czy siak dobry do przedpokoju i pojedynczych ścian w salonie.

3. Odpowiednia kolorystyka ścian – najczęściej jest to kombinacja dwie ściany do dwóch, np. dwie kremowe, dwie brązowe, dla uzyskania harmonijnego efektu „kawy z mlekiem”. Ja wolę trochę bardziej wyrazisty efekt, czyli jedna ściana w kolorze który ożywi stonowane wnętrze, jak na przykład czerwień. Zaznaczam, że jako kolor pobudzający, czerwień nie nadaje się do sypialni, niezależnie od tego jak kto jest pobudzony. ;)

4. Fototapeta – chociaż to żadna nowość, to przekonała do siebie sporą rzeszę osób. Fajny sposób by nadać wnętrzu indywidualnych cech. Mam ciocię która w zielonej sypialni powiesiła na jednej ze ścian fototapetę z motywem lasu. Wszystko idealnie współgra, a słysząc w lato ćwierkające za oknem ptaki efekt jest zapewne podwójny.

5. Motywy i cytaty – coraz bardziej popularne i mocno efektowne. Do wyboru, do koloru. Sentencje poetów i osobiste przemyślenia, albo kolaże najważniejszych dla nas słów. Uważam, że ta forma dekoracji, podobnie jak zdjęcia na ścianach, dużo mówi o charakterze właściciela. :)

„Fakty wprawdzie są mocne,lecz nie tak mocne jak fałszywe mniemania”.

Standardowy

Firma, biuro, korporacja, cokolwiek. Są takie miejsca, w którym zależnie od ilości ludzi (kobiet) na metr kwadratowy możemy się spodziewać, że prędzej czy późnej, niczym źle rzucony bumerang, trafi w nas jakaś plotka czy kłamstwo. Tym bardziej, jeśli jesteśmy nowym narybkiem albo nie daj Boże przyszliśmy w zastępstwo czy na miejsce zwolnionego pracownika. Wtedy wiadomo, że wszystkie oczy są zwrócone w naszą stronę i choćbyśmy byli aniołami, ktoś i tak rzuci kamieniem.

Jestem tym właśnie przypadkiem, który wkroczył do firmy „popracowując” w niej co jakiś czas, by w zeszłym roku zrządzeniem losu trafić tam na dłużej w ramach zastępstwa. Nie jest moją zasługą, że zastępstwo zmieniło się z czasowego na stałe, choć osoba zastępowana długo starała się by wszyscy w firmie mieli ją za pokrzywdzoną, którą dzięki fartowi wygryzłam ze stanowiska. Mało kto wiedział, jak bardzo owa ‚pokrzywdzona’ zraziła swoimi podchodami i kłamstwami osoby decyzyjne. To, co było przedmiotem plotek, nie miało nic wspólnego z rzeczywistością.

Mówi się, że dla zachowania zdrowia psychicznego w miejscu pracy, należy od czasu do czasu oderwać się od roboty i porozmawiać o czymkolwiek innym. Oczywiście jeśli ktoś sądzi, że przy kawie rozmawia się o pogodzie, jest w błędzie. Najlepszym tematem do rozmów są inni ludzie, relacje między nimi, zwolnienia, podwyżki i tym podobne. Czasem chodzi też o samo skomentowanie czyjegoś istnienia. Ludzie kłamią na temat innych, gdy ci drudzy odnoszą
jakiś sukces, gdy mają konkretne – może kontrowersyjne – poglądy, gdy głośno wygłaszają swoje zdanie bądź po prostu, by kogoś zdyskredytować w oczach pozostałych pracowników. A czasem niestety kłamią, bo nie mają nic lepszego do roboty.

plotki

„Chodzisz po firmie i opowiadasz jaka to beznadziejna robota, że musisz się użerać z ludźmi w urzędzie, że to, że tamto…” – takie zarzuty usłyszałam po 4 miesiącach pracy. Po wyjaśnieniu sytuacji okazało się, że odpowiedź na
pytanie „Jak tam, co słychać?” o treści: „Dobrze, chociaż urząd się rozleniwił i nie chce im się pracować” jest takim polem do popisu dla plotkarzy z fantazją, o jakim się nie śniło filozofom.  I mnie.

Po pierwszej reprymendzie zaprzestałam luźnych rozmów na forum, ograniczając się do wymiany informacji służbowych i mając nadzieję, że brak wygłaszanej prywaty uratuje mnie przed zbędnym zainteresowaniem plotkarzy. Nic bardziej mylnego.

Druga sytuacja z zeszłego tygodnia, kiedy po paru miesiącach ciszy zostałam zrugana znowu, tyle że tym razem w ramach argumentacji użyto słów krytyki…które nie były wypowiedziane przeze mnie! I nie chodzi tu o zwykłe zaprzeczenie w stylu „ale to nie ja”, a o to, że byłam przy wypowiadaniu tych krytycznych opinii, których
autorem…był mój mąż!

Teraz pytanie podstawowe: czy opłaca się dementować tego typu plotki/obmowy? Cóż, generalnie daje to ten sam efekt co próba wytłumaczenia dlaczego kot nie szczeka czy coś w tym stylu. W tym konkretnym przypadku, nie ma to tym większego sensu, gdyż można z góry założyć, że próba konfrontacji skończyła by się zapewne jeszcze
gorzej, zaś z drugiej strony pozostawienie sytuacji samej sobie (a zmyślającym dać przyzwolenie na dalsze kłamstwa) stawia jeden wniosek: tak źle, a tak jeszcze gorzej.

A ponieważ nie ma na to rady, pozostawiłam sprawę samej sobie, cytując jeden z ulubionych wierszy z dzieciństwa: „(…)cóż było robić? Paweł ani pisnął. Wrócił do siebie i czapkę nacisnął (..)”.

Jak myślicie, dobrze zrobiłam?

Dobre rady rozumiemy dopiero wtedy, gdy do nich dojrzejemy.

Standardowy

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że sensowność rodzicielskich rad, zakazów czy nakazów dociera do dzieci dopiero, kiedy naprawdę dorosną. Dorosną, w sensie mentalnym. Dojrzeją. Kiedy masz lat piętnaście, krew buzuje, hormony szaleją i w swoim własnym mniemaniu jesteś człowiekiem „dorosłym” i odpowiedzialnym, za nic nie chcesz, by ktokolwiek stawiał ci jakiekolwiek granice, a rodzicielskie zakazy i nakazy niezależnie od argumentów są dla ciebie zdecydowanie przesadzone.

Nie pamiętam zbyt wiele z okresu dzieciństwa, tak do końca podstawówki w głowie mam wspomnieniową pustkę. Ale już czas gimnazjum przywodzi mi na myśl wiele różnych sytuacji, których sens i znaczenie dotarły do mnie
dopiero po przeszło dziesięciu latach. Sama nie do końca wiem, czy to kwestia upływu czasu czy fakt, że zostałam matką wpłynęły na moje postrzeganie tamtych spraw, nie mniej jednak wyobrażając sobie moją własną córkę w mojej skórze, dziś pewnie postępowałabym podobnie jak moja matka.

Prawdą jest też, że gdyby moja mama mnie znała, albo miała do mnie choć odrobinę więcej zaufania, wiedziałaby że mam w głowie wystarczającą ilość oleju, by nie napytać sobie biedy. A może i nie. Matki przecież zawsze zakładają
że wiedzą lepiej jak uchronić dziecko przed błędami, które znają najczęściej z własnego lub cudzego doświadczenia. A nawet jeśli nie, to i tak są w stanie przynajmniej wyobrazić sobie konsekwencje nastoletniego postępowania.

matka

Z doświadczenia mogę powiedzieć, że przeszło dziesięć lat temu, choć byłam z tych rozgarniętych i odpowiedzialnych, pewnych sytuacji przyczynowo-skutkowych nie byłabym w stanie ogarnąć i przewidzieć. Dlaczego mama miała opory bym balowała z dużo starszymi w sylwestra (miałam 15lat) do białego rana, więc mogłam tylko do 1? Czemu zakazała mi spotykać się z 7 lat starszym od siebie mężczyzną? Przecież nie musiało stać się nic złego. Przecież nic złego się nie stało.

Dlaczego? A no dlatego, że mama zabroniła. Że znała konsekwencje. Że dobrze radziła, choć sens tych rad dotarł i został zrozumiany dopiero po latach. Dlatego pamiętaj nastolatko – 13 latko, 16 latko – choć zdaje ci się, że znasz świat i jesteś dorosła to pamiętaj, że tak irytujący tekst „Mam więcej lat od ciebie/więcej doświadczenia/
więcej w życiu przeżyłam” to nic innego jak święta prawda, której odrzucenie może zniszczyć ci życie.

Dobre rady są naprawdę dobre dopiero wtedy, gdy dojrzejesz do tego by je zrozumieć.