Matka dwulatka czyli 10 najczęściej używanych zwrotów.

Standardowy

Kiedy w naszym domu pojawia się niemowlę, pojawiają się również schematy. Jak już ktoś mądry dawno temu ustalił, harmonogram dnia i powtarzalność zdarzeń umacnia w dziecku poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Również rodzicom powielanie pewnych czynności daje pewnosc siebie i umacnia ich samodzielność.

Ale jeśli Wasze dziecko odrosło już nieco od ziemi i jest nieco bardziej kumate, poza powtarzaniem pewnych zachowań rodzice łapią się na powtarzaniu wkoło podobnych sformułowań. Nie jestem pewna czy mają one ten sam wpływ na dziecko co utrwalone nawyki behawioralne, nie mniej jednak jestem przekonana, że u rodziców wywołują niepokojącą myśl pod tytułem „Gdzieś już to słyszałem”.
image

W związku z tym przedstawiam wam 10 najczęściej używanych sloganów w relacji rodzic – dwulatka:
1. „Nie.”
2. „Nie rusz tego.”
3. „Nie-ee-ee…”
4. „Odłóż to na miejsce.”
5. „Nie wchodź tam.”
6. „Nie!”
7. „Zejdź z tamtąd.”
8. „Wyjmij to z buzi.”
9. „Nie rób tego.”
10. „NIE.”

I jak, naszła Was już myśl pt. „Skądś to znam”? :)

„Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”.

Standardowy

Pamiętam, że w czasie gdy byłam nastolatką, niewiele zakazów czy nakazów (a może i próśb) ze strony rodziców robiło na mnie jakieś wrażenie. Błąd był zarówno po mojej stronie – upór i przekora – ale również po ich – zamiast negocjacji był przymus. Do dziś pamiętam wyświechtaną odpowiedź mojej mamy na mój wyrzut pt. dlaczego coś mam zrobić: „Bo tak” albo ewentualnie „Nie, bo nie” – wszystko w zależności od sytuacji. I choć nie miałam znów aż tak wybujałych żądań, to jest faktem że dyplomacja na obu frontach nie była niestety tą mocną stroną.

Natchnęły mnie „Rozmowy w toku” – akurat skakałam po kanałach – gdy na pasku doczytałam się, że 14 latka próbuje wymusić na matce 600zł kieszonkowego na imprezowanie 8 razy w miesiącu, cycki mi opadły. Cóż, nie będę pisać o sobie, bo mniej więcej do 15 roku życia balangi i szalone życie raczej przesadnie mnie nie interesowały, ale już wtedy doskonale wiedziałam, że chcąc coś uzyskać od rodziców sama muszę dać coś od siebie. Będąc szczerym, różnie to wychodziło, ale tak czy inaczej moje „szalone” pomysły były na tamtą chwilę bardzo ograniczone.

Negocjacje w życiu zdarzają nam się codziennie w różnych sytuacjach. Próbujemy wynegocjować dla siebie korzystne rozpatrzenie sprawy w urzędowym okienku, przekonujemy klienta do swoich racji tak, by ‚się cieszył na zbliżającą się podróż’, nawet jeśli to jeden wielki kit, negocjujemy z szefem podwyżkę, z mężem kupienie nowych mebli do salonu, a z dziećmi próbujemy negocjować codzienne obowiązki, czy przywileje.

Przyszło mi teraz do głowy, że w przypadku dzieci – najpierw małych, potem większych – przedstawianie swoich rodzicielskich oczekiwań, to trochę naprowadzanie pociech na te tory, na których chcielibyśmy je widzieć. Pozwalamy nastolatce iść na imprezę, ale pod warunkiem, że wcześniej poprawi pałę z matematyki. I najczęściej (wiem po sobie) poprawia, bardziej by osiągnąć własny cel, niż by zadowolić rodziców. O własnym interesie (w rozumieniu – „lepsze oceny, lepsza przyszłość”) nie muszę nawet wspominać. Wróćmy jednak do kwestii: jak negocjować? Jak wymóc na kimś, by postępował tak jak my tego chcemy?

negocjacje

Na początek warto wydawać polecenia stosowne do wieku. Nie ma tu nic śmiesznego; 2-letniego dziecka nie poproszę by powkładało naczynia do zmywarki, bo będę musiała wymienić zastawę na nową, ale już 5-6 latka mogę dać to zadanie. Po drugie wydając polecenie najpierw sami zastanówmy się, czy w danej chwili ma ono jakiś sens. Przykład? Moje dziecko świetnie tańczy, muzyka to jej żywioł, ale gdy przyszli do domu znajomi, których nie znała, za nic nie dało się jej namówić by pokazała swój ‚talent’. W kwestii dzieci ważne też jest uzasadnienie naszych żądań. Kiedy każemy dziecku sprzątnąć zabawki ze stołu, a ono nie chce, najprościej dodać „Zaraz podajemy obiad. Potrzebujemy stołu by móc przy nim usiąść”. Jakie to głupie, chciałoby się rzec, ale też takie proste. Trzecią kwestią jest czas. Często używamy sformułowań w stylu: „Zrób to czy tamto, w tej chwili!”. Ale zarówno małe dzieci, które nie mają jeszcze takiego poczucia czasu jak dorośli, jak i nastolatki zapewne zareagowały by lepiej gdyby ich zapytać: „Za ile to zrobisz?”, „Czy dasz radę zrobić to do obiadu?”. Kolejna zasada dotyczy tonu głosu (przyganiał kocioł garnkowi) – tu warto naprawdę się pilnować – i zamiast od razu unosić głos, spróbować negocjować normalnie.

I na koniec zasada, co nie znaczy że najmniej ważna, która mówi krótko: daj czasem wygrać swojemu oponentowi. Nie ważne czy to dziecko, czy mąż, mama, teściowa czy urzędnik w okienku. Nie zawsze musi być po twojemu, a tym co się nie udało nie warto zbyt długo się przejmować. Jedynie w przypadku dzieci ta zasada łączy się z ograniczonym zaufaniem. W końcu nie zawsze możemy zgodzić się na żądania naszego dziecka, niezależnie od tego jakie ma argumenty i jak mu poszły negocjacje. Czasem intuicja rodzicielska, czy po prostu doświadczenie z dwóch stron – bycia dzieckiem i rodzicem – daje nam przewagę przewidywania pewnych zakończeń, a wiadomo też, że samowolka nie wychowa dziecka tak jak dyscyplina.

Przynajmniej w teorii.

Ja, o mnie i ja – czyli o małych przyjemnościach matki.

Standardowy

Jeśli jesteś matką na pełny etat albo gdy dzielisz ten etat na pół z pracą zawodową, zwykle masz niewiele czasu by zrobić coś dla siebie. Ale prawda jest taka, że niektóre rzeczy jak na przykład obowiązki domowe można rozplanować w taki sposób, by w ciągu dnia znaleźć parę chwil dla siebie. Dziś napiszę coś w tonie „ja, ja, ja i ja” czyli o tym co robię kiedy mam parę minut wolnego. Co robię tak po prostu albo po prostu dla siebie.

Czytam

Niezależnie od tego czy kupuję, czy pożyczam, pożeram książki łapczywiej niż słodycze. Oczywiście nie czytam tyle co kiedyś – przeczytanie 4 książek w tygodniu zdarzało się dość często – ponieważ ani mój budżet na to nie pozwala, ani mój napięty grafik. Ale czasem łapię chwilę, na przykład w czasie kąpieli w wannie i poświęcam te 20-30 minut na lekturę. Wczoraj na przykład po 3 dniach skończyłam kolejną część przygód złodzieja pt.„Przysięga stali”. Czytam sporo, od obyczajowych przez kryminał aż do fantastyki. Chociaż kolejności chyba powinna być odwrotna, zważywszy na ilość posiadanych przeze mnie książek z danego gatunku. ;)

wpid-wp-1452803778366.jpg

Maluję paznokcie

Zaraz usłyszę, że ‚pustak’ ze mnie, ale zdecydowanie mam to gdzieś – dbanie o swój wygląd, czy o wygląd dłoni, powinno być istotne dla każdej kobiety, niezależnie od tego czy jest matką czy nie. W moim przypadku zanim uaktywniłam się zawodowo (i przez jakiś czas potem) paznokciowa mania ograniczała się do samodzielnego manicure oraz malowania – a lakierów mam kilkanaście. Teraz kiedy mogę, lecę na hybrydę. To miłe, gdy co miesiąc ktoś zadba o twoje ręce. I myślę, że taki drobiazg jak pomalowane paznokcie na mózg nie szkodzi, kobiecie dodaje
animuszu. W końcu każda z nas chce wyglądać dobrze.

wpid-wp-1452803015314.jpg

Dekoruję mieszkanie

..ale tylko w wyobraźni. Tak, jestem zdecydowanie niespełnionym architektem i dekoratorem (hobbystą) w jednym. Uwielbiam jeździć z meblami po całym pokoju, ustawiać, przestawiać, przesuwać. Jestem jednak oszczędna w wymyślaniu dodatków, chociaż marzą mi się ściany obwieszone zdjęciami naszej rodzinki, eleganckie wazony
pełne pachnących kwiatów (swoją drogą kwiaty w domu to dla mnie must have!), jednak wciąż czekam aż wymienimy meble na docelowe. W obecnej chwili meble z których korzystamy to spadek po poprzednich właścicielach. Kiedy się wprowadzaliśmy była to dla nas duża oszczędność, jednak powoli przymierzamy się do poprawiania naszego domu bardziej pod siebie.

Próbuję wystylizować siebie i swoją córkę

Przestałam kupować na bazarze i u Wietnamczyków (no dalej, nie ma się czego wstydzić, to całkiem jak z disco polo :P  ) i przerzuciłam się na markowe sklepy kiedy okazało się, że ceny przestały aż tak drastycznie się różnić. Nie chcę wyjść na burżuja, więc dodam że kupuję głównie w tych miejscach, które choć ‚markowe’ to nadal mają ceny w granicach rozsądku. Ponieważ za cholerę nie mam zmysłu stylisty ciuchowego, staram się dobierać swoje ubrania zgodnie z tym co podpatrzę u innych. :)
Jeśli chodzi o moją córkę, to (dziś przyszło mi do głowy!), że ubieram ją w sklepie drogim i w drugim tanim (jeden na S, drugi bardziej wielobranżowy na P). W jej przypadku  ciuszki są funkcjonalne – co konieczne w przypadku małego dziecka – ale gdy przychodzi impreza rodzinna, czy inne publiczne występy, stroję ją z radością :)

wpid-wp-1452803006716.jpg Stylizacja wigilijna mojej córki ;)

Pominąwszy te małe i większe przyjemności, dobrze byłoby żeby wszystkie mamy pamiętały, że jak psu buda należy im się czas wolny przeznaczony na nich samych. Chałupa się nie zawali, dzieci nie pomrą z głodu gdy raz nie będzie obiadu albo będzie później, a jak już wszystkie ciuchy będą w brudach – zawsze można założyć kostium kąpielowy. :D Zdrowie psychiczne i samopoczucie pani domu ma przełożenie na wszystkich jego członków, dlatego każdy z nich powinien o nią dbać. :)