W nowym roku postanawiam….

Standardowy

Od jakiegoś tygodnia fejsbuk zalewany jest różnego rodzaju noworocznymi wydarzeniami w stylu „W 2016 znajdę sobie męża” lub „W 2016 przeprowadzam się na siłownię”. To nic innego, jak zwyczajne postanowienia noworoczne wyolbrzymione do skali ogólnopolskiej. Tak czy siak, każdy wie jak to jest z noworocznymi postanowieniami – każdy je sobie tworzy, ale niewielki procent ich dotrzymuje. Oczywista oczywistość, a mimo to co roku znów to robimy.

postanowienie 1

Mnie się zdarzyło spisać założenia na nowy rok może ze dwa razy w życiu i na tyle, na ile to pamiętam, nic z tego nie wyszło. Dlaczego tak jest?A no dlatego, że zakładamy sobie zrobienie tak ambitnych i czasem tak wielu rzeczy naraz, że już na drugi dzień z tego rezygnujemy. Albo gdy mamy kiepską motywację, bądź płyniemy z prądem i rzucamy sobie wyzwanie noworoczne by nie odstawać za bardzo od znajomych. Czy w takim razie postanowienia te, a raczej ich składanie, ma jakikolwiek sens?

Myślę, że wszystko zależy od podejścia. Chcę powiedzieć – od tego w jaki sposób podejdziemy do sprawy. Tworząc niekończącą się listę założeń (w końcu rok ma 365 dni, jest kupa czasu na realizację), zamiast 3-5 konkretnych
punktów, które są dla nas najważniejsze, musimy liczyć się z niepowodzeniem. Większe są bowiem szanse na osiągnięcie kilku konkretnych celów niż stada dupereli. Warto też podążać małymi krokami i cieszyć się z każdej pokonanej po drodze przeszkody.

postanowienie

Pierwszym jednak krokiem (powinnam w sumie od tego zacząć) jest dokładna analiza naszych potrzeb, ponieważ porażki przy realizowaniu postanowień noworocznych wynikają głównie z tego, że większość jest po prostu zbędna i
bez sensu. Tak czy inaczej, wszystko trzeba przemyśleć: skoro chcę schudnąć 10kg (by być zdrowszą i czuć się lepiej), to muszę ogarniać, że to długotrwały proces i zważywszy na dotychczasowy kompletny brak ruchu, może się przeciągnąć w czasie. Podobnie jest z rzucaniem palenia czy planowaniem egzotycznej podróży (odłożenie nawet dwóch, trzech stów miesięcznie to czasami wyczyn przy współczesnych zarobkach).

Jak już przeanalizujemy co nam w duszy gra i czego potrzebujemy do szczęścia, warto by było się ze swoimi postanowieniami najzwyczajniej w świecie przespać. Robienie czegokolwiek na łapu capu nigdy nie przynosi pożądanych skutków. Poza tym warto dać sobie kilka dni na oswojenie się ze swoimi zamierzeniami choćby po to, by się przekonać czy wszystkie są nadal pożądane i czy w ogóle jeszcze są, bo niestety (wiem z autopsji) motywacja dziś jest – a jutro jej nie ma, niezależnie ile i jak często będę na to narzekać.

I co najważniejsze: nie ma znaczenia, czy zaczniesz realizować swoje postanowienia już dziś, czy za tydzień bo pomyślałeś że jak nie zrobisz dziś, to jutro – zawsze to dwa dni wolnego. Najważniejsze jest, byś w końcu cokolwiek z tym zrobił. Przecież z jakiegoś powodu chciałeś coś w życiu zmienić… :)

Na święta warto sobie odpuścić.

Standardowy

Pisałam ze dwa tygodnie temu o tym, że przed świętami ludzi dopada wariactwo i gorączka. Biegają w te i wewte, miotają się między sklepowymi półkami, pędzą by ze wszystkim zdążyć, piorą, gotują, sprzątają na potęgę i generalnie nie odpuszczają piątego biegu. Ja jednak, odkąd jestem u siebie, do wszystkiego podchodzę z dużo
większym dystansem. Moja hierarchia wartości nie rozpoczyna się od umytych okien, czy kafelków w łazience, a prędzej na nich kończy. Dlatego zdecydowanie polecam wszystkim przy okazji świąt małe przewartościowanie.

Zrobię wszystko sama
Każdego roku przemyka mi przez głowę myśl o zorganizowaniu Wigilii we własnych czterech kątach. W końcu nie będę musiała latać od jednych do drugich, by dwie godziny spędzić tu, a następne dwie tam, bo i tak nie zadowolę wszystkich. A i nie wiadomo jakby to wyszło, gdyby wszyscy razem zasiedli przy stole na 25 metrach kwadratowych. Może lepiej zostawić takie pomysły na moment w którym będę miała w końcu swój wymarzony dom.
Albo może lepiej dla pewności poczekam jeszcze na wnuki.

Nic na ostatnią chwilę
W gruncie rzeczy mogę powiedzieć, że i to założenie udało mi się zdecydowanie utrzymać. Na trzy dni do Wigilii, prezenty już mam dawno kupione, sprzątanie jako takie zakończyłam wczoraj, a jedyny wyłom nastąpił dziś, gdy wyskoczyliśmy do galerii handlowej bo mój mąż przeglądając swoją garderobę uświadomił sobie, że w zasadzie nie ma w co się ubrać (ha!). Ale on w ogóle jakoś mało przytomny, bo gdy po obiedzie orzekłam, że trzeba jeszcze popakować prezenty, ze złością zapytał „Jakie znowu prezenty?!”. :)

Perfekcjonizm do szuflady
Kilka razy zdarzyło mi się organizować imprezę rodzinną i zawsze lubiłam mieć wszystko dopięte na ostatni guzik; serwetki ułożone w jakiś wzorek, błyszczące sztućce, równo rozstawione talerze. Staram się, żeby było idealnie. Na szczęście o wiele łatwiej wyrzec się perfekcjonizmu, gdy to nie my jesteśmy organizatorami imprezy, czy chociażby świąt. Mój łańcuch nie jest jak od linijki, a bombki wiszą w miarę logiczny sposób. I nie interesuje mnie czy będzie 12 potraw na stole, czy będzie super czysto, czy kieliszki będą pasowały do wina. I obiecałam sobie, że chcę się „wtopić” w świąteczną atmosferę, że nie zdenerwują mnie rozrzucone wokół zabawki, ani żwirek wysypany z kociej kuwety (tym będzie kto inny się denerwował), bo wiem, że co innego ma być w te święta w centrum mojej uwagi. Jednak, żebym nie wyszła na przesadnie świętą, to powiem że perfekcyjnie będzie nasza trójka wyglądać w wigilijny wieczór, ale na tym koniec.

To, co najważniejsze
Mimo, że na końcu, to wcale nie ostatnie. Warto pamiętać, że w święta najważniejsze jest celebrowanie chwil, zwłaszcza tych wspólnych, uwiecznianie ich na zdjęciach, które będą kiedyś jedyną pamiątką dla naszych dzieci. I nawet gdy siedzimy przy stole obok kogoś za kim niespecjalnie przepadamy, warto zdobyć się choć na jeden uśmiech. I nie myśleć o tym, że ktoś dostał większy prezent, a ktoś mniejszy, że ktoś nam życzył tylko zdrowia i szczęścia, a my jemu jeszcze pieniędzy. Nie ma co się przejmować nieupranymi firankami, czy niedoprasowanym
obrusem. Ważniejsze jest to, by ten spędzony czas, był warty tego, by go wspominać.

I gdybym już przed świętami nic nie napisała, życzę Wam wszystkim wspólnych, Wesołych Świąt! 

swiatelka

Ciążowy terror w pracy!

Standardowy

„Od kiedy jedna z osób, z którymi pracuję w dziale, jest w ciąży (…) dosłownie terroryzuje swoim stanem całą firmę (…). Zaraz jak tylko dowiedziała się, że jest w ciąży i przedłożyła kierownikowi zaświadczenie, zaczęło się: przychodzenie do pracy o 2-3 godziny później niż normalnie, bo przecież ona musi wypoczywać, potem praca na pół gwizdka, (…) zrzucanie obowiązków na innych (…)”.

Byłam w ciąży ja, ciężarne były moje koleżanki i kilka współpracownic w różnych firmach. Jedne pracowały do 6 miesiąca, inne dłużej, a jedna w 3 miesiącu poszła na zwolnienie z powodu ciąży zagrożonej. Że Ciąża to nie choroba już pisałam, ale oczywistym jest też, że każda kobieta ciążę przechodzi zupełnie inaczej. Jedna ma mdłości rano, inna wieczorem, a jeszcze inna nie ma wcale, ale za to usiedzieć na krześle nie może bo kręgosłup pęka, albo stopy bolą i puchną od kilkugodzinnego tuptania lub co gorsza stania. Ale założywszy, że mamy zdrowe podejście do życia, oczywistym jest że każdy mierzy siły na zamiary i zdrowie/samopoczucie na siły przerobowe w robocie.

Takie miałam założenie do czasu, aż dwa tygodnie temu kobieta, która pracuje z moim mężem w dziale (tylko we dwoje plus ja do pomocy na zlecenie) ogłosiła w firmie iż jest w ciąży. Raptem trzeci miesiąc, najmniejszej fałdki po niej nie widać, to znaczy po ciele, bo zachowuje się co najmniej jakby to był już 8 miesiąc. Całkiem jak w przytoczonej przeze mnie historii – co może to zrzuca na mojego męża, za niewypełnione obowiązki nikt jej nawet nie upomni (chyba w przerażeniu, że urażona z dnia na dzień pójdzie na zwolnienie) choć pracę ma umysłowo lekką i siedzącą. Gdyby tego było mało, najzabawniejszy jest fakt, że dopóki nikt nie wiedział, dziewczyna pracowała jak zawsze, zaś od momentu puszczenia w eter oficjalnej informacji nastąpiła zmiana o 180 stopni – nagle jest zmęczona, a praca ją przerasta. Ale cóż zrobić, Ma ciążę, to ma prawo, jak kiedyś pisałam.

W tej samej firmie ja  osobiście pracowałam na zlecenie od 4 do końca 8 miesiąca ciąży, pracując przy komputerze (aż cud że mi się dziecko nie napromieniowało), rozmawiając przez telefon, realizując różne projekty. I fakt, ciężko
mi było wysiedzieć ciurkiem 3 godziny, dlatego robiłam sobie i półgodzinne przerwy. Ale było to dopiero wtedy gdy moje gabaryty były nieco większe. I gdyby to była jej pierwsza ciąża, to może zrzuciłabym to na zbyt przesadną troskę o siebie wymuszoną stanem, ale i tak nie jest.
Skąd więc nagle taka zmiana?

ciaza szef

W ciągu tego roku to już trzecia pracownica w ciąży. W kuluarach usłyszałam, że podobno HR doradzał kierownictwu by tej wspomnianej przeze mnie ciężarnej nie przemęczać i nie prowokować. Zastanawiam się więc, czy jest coś na rzeczy, że cała firma się trzęsie? Skąd ten ciążowy terror?