Mały wampirek i wstętna szczoteczka.

Standardowy

Każdy etap w rozwoju dziecka przynosi rodzicom kolejne wyzwania do pokonania. Początkowo jest to nauka raczkowania, potem chodzenia. W obu przypadkach najczęściej dziecko chętnie współpracuje z rodzicami,
ponieważ możliwość eksplorowania świata jest dla niego frajdą i jak najszybciej chce móc to robić samodzielnie. Są jednak takie bariery, których pokonanie zajmuje i dziecku i rodzicom nieco więcej czasu, przy czym ci drudzy muszą się nieźle nakombinować.

Jeśli ktoś zastanawia się o czym będę pisać, to może być dla niego zaskoczeniem, że ów czynnością jest (o, jakże prozaiczne) mycie zębów. Moja córcia ma już skończone 18 miesięcy i na tę okoliczność 12 mniej lub bardziej wyrżniętych ząbków, jednak za żadne skarby nie da się jej zachęcić do ich szczotkowania. Domyślam się, że nie ja jedna się borykam z takim problemem, ale metody zaproponowane przez wujka Google bardziej mnie śmieszą niż pozwalają spodziewać się efektów.

dziecko zeby

Oczywiście, kiedy już wybrałam wśród odpowiednich miękkością i rozmiarem szczoteczek i wybrałam cudownie truskawkową pastę 12+ i nawet przeprowadziłam w trakcie dziecięcej kąpieli krótką demonstrację, ani trochę nie zachęciłam swojej Córki do umycia zębów. Piękna, różowa szczoteczka z wytłoczonym zwierzątkiem służy częściej do chlapania niż ląduje w buzi. I ani próby moje, ani pozostawienie działania Córci nie przyniosły pożądanego efektu. Jedyne co mogę, to palcem z pastą przelecieć dziecku przednie zęby. Każda próba dostania się do trzonowych kończy się ugryzieniem.

Internet proponuje, poza nieustawaniem w działaniu (auć, moje palce), dawanie dziecku dobrego przykładu i szorowanie własnych zębów lub też pozwalanie na to dziecku (na samą myśl czuję pastę w oku). Jeśli to mi nie pomoże, wujek Google radzi by przejść do metod bardziej strategicznych i pokazać mu film z dziećmi radującymi się z procederu higienicznego. Jest też opcja śpiewania znanej wszystkim piosenki, ale jakoś nie wyobrażam sobie ani siebie, ani Męża wyjących „Szczotka pasta, kubek, ciepła woda, tak się zaczyna wielka przygoda!” podczas gdy nasze głosy niosą się po całym pionie w bloku.
Noł łej.

Powyższa metoda doskonale obrazuje inną polecaną taktykę, czyli podpuszczanie. „Zobacz, dzieci na filmie myją ząbki a ty nie?” (O panie…) lub też stworzenie sytuacji w której ja myję zęby i licząc na to, że Córcia zachce swojej szczoteczki, zabronienie jej tego, by (logicznie myśląc) bardziej chciała mnie naśladować (swoją drogą, co za wariat wymyślił żeby najpierw dziecko nakłaniać a potem mu zabraniać?). Oczywiście inne sposoby, jak naklejki w nagrodę czy wyścigi w myciu zębów nie zrobią na moim dziecku żadnego wrażenia.

Najbardziej jednak uśmiałam się czytając, że jeśli powyższe metody nie zadziałają, warto udać się z dzieckiem do dentysty, który jako specjalista w dziedzinie wytłumaczy dziecku dlaczego należy dbać o zęby. Jasne.
Czyli że co, jak matka nie wytłumaczy, to lekarz da radę? ;)

Na swój obraz i podobieństwo.

Standardowy

Sobota. Sytuację w moim domu można opisać kilkoma słowami, których od przeszło roku nie używam zbyt często: cisza, spokój, stagnacja. Córcia śpi, obiad się gotuje, mąż wyszedł do fryzjera, więc łapię ten moment, w którym mogę swoje przemyślenia ubrać w słowa.

Kiedy zakładałam bloga (którego „roczek” minął mi niezauważony), jako motto przewodnie wpisałam cytat: „Rodzice powinni nie tyle starać się o to, aby dzieciom pozostawić po sobie dobra, ale żeby dzieci zostawić dobre”. Zawiera się w tym jedna, a chyba najważniejsza, prawda tego świata: rodzice chcą zawsze jak najlepiej przygotować swoje dzieci do życia. I nie mam tu namyśli nauk survivalu, typu rozpalanie ognia krzemieniem, ale wpojenie własnym pociechom pewnych zasad, wyrobienie w nich takich cech charakteru które… No właśnie, które co? Pomogą im w zrobieniu kariery, znalezieniu partnera? Pomogą przetrwać w życiu?

Pamiętam doskonale, że będąc jeszcze w ciąży z Córcią, wielokrotnie roztaczaliśmy z Mężem wizje tego, jakie cechy charakteru będzie miała. A ponieważ różnimy się oboje niczym ogień i woda, łatwo było nam wtedy przewidzieć, że na charakter naszego dziecka złożą się takie cechy, że będą stanowić istną mieszankę wybuchową. Pomyślałam sobie, że kilka naszych ówczesnych spostrzeżeń opiszę.

Żeby była uparta jak Ja
Całe życie jestem zawzięta jak cholera. Uparta jak osioł – nazwijcie to jak chcecie. Tak czy inaczej – nieustanne dążenie do celu – wielokrotnie mnie do niego doprowadzało w taki czy inny sposób. Żadne niepowodzenia mnie
raczej nie zrażały, a rezygnowałam głównie wtedy gdy doszłam do wniosku, że „skórka jest niewarta wyprawki”. O inne rzeczy zabiegałam bez wytchnienia, jak choćby o Męża, który przez trzy miesiące uparcie twierdził, że nie chce być ze mną w żadnym związku. W październiku minęło nam 6 wspólnych lat :)

Żeby była pomocna jak On
Tak, czego jak czego, ale mojemu Mężowi nie można odmówić wrażliwości na krzywdę innych i chęci niesienia pomocy. I nie ma tu znaczenia, kto i co, czy był miły czy nie, On i tak zawsze jest gotowy nieść pomoc. Nieważne czy ma wywiercić dziurę w ścianie, przewieść meble czy przenocować kogoś kto ma akurat kryzys – zawsze i wszędzie
jest gotowy.

Żeby znała swoją wartość
Tą cechę mogłabym przypisać głównie sobie, gdyż mój Mąż jest zdecydowanie mniej odporny na krytykę czy też po prostu zwykłą złośliwość ludzką. Ja zaś należę do ludzi, którzy jednym uchem wpuszczają, a drugim wypuszczają to, czego nie warto słuchać. Ponad to ta cecha mnie jako kobiecie przydała się w życiu o wiele bardziej, bo dzięki niej wszelkie nastoletnie depresje czy kompleksy z powodu wyglądu omijały mnie szerokim łukiem, a w dorosłym życiu pozwala mi to nie przejmować się porażkami takimi jak choćby problemy ze znalezieniem stałej pracy. Jak widać, wszystko ma jakieś plusy, trzeba je tylko znaleźć.

Żeby zawsze była szczera, ale wiedziała kiedy ugryźć się w język
I znów mogę powiedzieć, że ta cecha dotyczy mnie, choć w moim przypadku bywała zarówno wadą jak i wartością dodaną. Jako nastolatka i trochę jeszcze po dwudziestce, byłam bardzo pyskata. Nadal bywam, ale wtedy nie oglądałam się zbytnio na to co i komu mówię i jaki może być tego skutek. Dziś, z perspektywy czasu i lat doświadczenia wiem, że wiele rzeczy mi wtedy przeszło koło nosa, bo nie umiałam trzymać gęby na kłódkę. I choć nadal jestem szczera i walę prosto z mostu, to dużo częściej zdarza mi się przemilczeć pewne sprawy – może też dlatego że dziś zdaję sobie już sprawę, że nie zawsze mogę tą szczerością coś ugrać, a straty mogą być większe niż zyski.

Mogłabym wymieniać jeszcze długo, bo wiele jest takich cech, które pomogły by mojej Córce w życiu, ale jako człowiek dojrzały i nauczony doświadczeniem (chyba się powtarzam :)  ), a przede wszystkim sama jako matka i córka wiem, że choć bardzo bym chciała by była do mnie podobna, to mogę ją tylko nakierowywać i podpowiadać, a ona i tak sama zdecyduje jaka chce być.  :)

Matkom więcej uchodzi na sucho!

Standardowy

Matce więcej uchodzi na sucho – taki trend obserwuję ostatnio, odwiedzając zaprzyjaźnione blogi. Czytam o tym, że poza oczywistym sloganem, że macierzyństwo samo w sobie zmienia wszystko, utwierdza się nas – kobiety w przekonaniu,  że macierzyństwo uprawnia nas do różnych zachowań, których na co dzień raczej staramy się unikać. I choć spostrzeżenia matek – blogerek są jak najbardziej trafne, to jako matka postanowiłam trochę te rzucane teorie zdementować, bo albo dziwna ze mnie matka, albo w ogóle jestem dziwna. ;)

Teoria numer 1: wszędobylska KUPA.

Rozmowy o kupie są ponoć nieodłącznym elementem  posiadania dziecka. Matki ponoć mają tendencję do wydawania z siebie ‚ochów’ i ‚achów’ na widok brązowej mazi w pieluszce, demonstrowania jej wszystkim członkom rodziny – zwłaszcza mężowi, który na ten widok gwałtownie zmienia kolor – oraz szczegółowej analizy kolorytu, składu i konsystencji dziecięcych fekaliów.  No zabijcie, ale za cholerę mnie to nie kręci, a myśląc o kupie czyjejkolwiek mój żołądek podskakuje do góry. Aczkolwiek muszę przyznać, że faktycznie coś jest na rzeczy, bo gdy odbieram swoją półtoraroczną córcię od dziadków, to pierwszą informacją którą mnie bombardują jest to, ile razy moje dziecko srało tego dnia. No ludzie! Who cares?

Teoria numer 2: matka może wyglądać jak fleja.

Ta prawda objawiona jest dla mnie mocno naciągana. Każdy przecież wie, że normalna kobieta nie wyjdzie choćby ze śmieciami ubrana w dres i bez makijażu. No bo jak to? Jeszcze sąsiadka zobaczy i pomyśli, że biedę klepie albo mąż o nią nie dba. Podobnie do osiedlowego sklepu normalna kobieta wyjdzie dopiero gdy odstawi się niczym na sylwestrowy bankiet, bo a nóż spotka miłość życia albo największą rywalkę. Ale matek to nie dotyczy. Brak makijażu, powyciągane dresy czy przetłuszczone włosy na osiedlowych alejkach i przy placach zabaw to widok zdecydowanie powszechny. Kogo to przecież obchodzi? Każdy powinien zrozumieć, że przecież jak jestem matką to nie mam czasu na takie pierdoły jak wyszukanie czystej bluzki do wyjścia!

Teoria numer 3: dla matki są ważniejsze sprawy niż ona sama.

Cóż, w tym przypadku prawda leży gdzieś po środku, gdyż po urodzeniu dziecka do pewnego momentu faktycznie może być ciężko kobiecie przeznaczyć więcej czasu dla samej siebie. Nie oznacza to jednak, że się nie da. Kiedy już przebrniemy jako matki przez wyżej opisany kryzys, dochodzimy do wniosku że pora zrobić w końcu coś dla siebie (czasem staje się to skrajnością, ale to ekstremalne przypadki). Z własnego doświadczenia powiem, że wizyta u fryzjera po dłuższej przerwie, czy też wizyta u dawno(!) niewidzianej kosmetyczki dodała mi animuszu i tzw. „efektu wow”. I nie tylko mąż to docenił, ale i ja sama czułam się z tym super. Mało tego, na tym że poświęciłam czas samej sobie, nikt nie ucierpiał! :)

Teoria numer 4: matka nie myśli o seksie.

Ha, to dopiero dowcip. Owszem, muszę prawdzie oddać sprawiedliwość i przyznaję, że układ sił jest w tym przypadku zdecydowanie na korzyść dziecka, ale to wcale nie oznacza, że kobieta-matka wyklucza ze swojego życia seks całkowicie. Myśli o nim, wyobraża sobie, a jeśli czytała Grey’a to nawet wyobraża sobie bardziej i marzy o tym, by te wszystkie wyobrażenia zrealizować. Niestety aby dotrzeć do realizacji tego tematu trzeba by najpierw dwie powyższe teorie obalić i dać matce szansę by poczuła się znowu kobietą. Bo chce nią być. Chce być adorowana, rozpieszczana i kochana.

kobieta

Byłoby jeszcze kilka ciekawych teorii do obalenia, ale nie wszystko na raz. Mało tego, muszę na koniec wspomnieć, że choć każda powyższa teza ma w sobie ziarno prawdy, to na wszystkie – podobnie jak i na moje wypowiedzi – należy spojrzeć łaskawie i z przymrużeniem oka. ;)