Farsa pierwszo-listopadowa.

Standardowy

Cykl życia składa się niezmiennie z powtarzalności elementów i zdarzeń. Co roku obchodzimy również te same święta; w kwietniu jest Wielkanoc, a w listopadzie Wszystkich  Świętych. Pamiętam, że od małego zawsze wybieraliśmy się z rodzicami na cmentarz po 16, kiedy powoli zapadał zmrok. Pominąwszy dzikie tłumy ludzi, z przyjemnością podziwialiśmy festiwal kolorowych świateł – tysiące zapalonych zniczy przedstawiało piorunujący, romantyczny widok. Im jednak byłam starsza, tym mniej zachwycałam się tym widokiem, a częściej zwracałam
uwagę na przykre obrazki i zachowanie przybywających na cmentarz ludzi.

Zacznijmy od wieńców, wiązanek i innych wiechciów, zwłaszcza sztucznych. Przyznaję się bez bicia, że bardzo rzadko kupuję kwiaty na grób (raczej wcale), ale myślę sobie, że kładzenie tam sztucznych wiązanek to jak stwierdzenie na głos „Nie mam czasu o Tobie pomyśleć a co dopiero cię odwiedzać”. Coś w tym jest, zważywszy na to, że sztuczne kwiaty wyglądają całkiem przyzwoicie, nie więdną – przez co też nie trzeba ich sprzątać. Mogą stać grzecznie cały rok, aż do następnej wizyty.

Co do zapalania zniczy mam mieszane uczucia. Z jednej strony są symbolem i prezentują się pięknie po zmroku, ale odwiedzając cmentarz parę dni po święcie zmarłych widoki nie napawają już optymizmem. Śmietniki są przepełnione, a potłuczone znicze, zwiędłe kwiaty i inne śmieci walające się po trawnikach to raczej obraz nędzy i rozpaczy niż dowód na ludzką pamięć o zmarłych. Poza tym, warto też zadać sobie pytanie, czy skoro nie pamiętamy
o zmarłych przez cały rok, to jeden znicz w te czy wewte nic nie zmieni. Chyba, że chodzi o spokój naszego sumienia, to co innego.

No i oczywiście, nieodzowny obrazek czyli „jarmark cmentarny” : zacząwszy na zniczach i wiązankach, przez watę cukrową (!), popcorn (!) i obwarzanki  a skończywszy na żelkach, curkierkach i „pańskich skórkach” – mordoklejkach (!!). Wspomniałabym jeszcze widok cygańskich rodzin rozstawionych wokół grobu jak na pikniku – jedzenie i napitki i śpiewy – ale u nich taka tradycja, więc się nie będę czepiać. Tak czy inaczej pomyśleć można, że na cmentarzu to nudy, ale jak się człowiek rozejrzy to faktycznie oprócz popcornu jeszcze wygodny fotel by się przydał. Nic tylko siadać i oglądać.

cmentarz

Lepiej oddać, niż skazać na śmierć.

Standardowy

Co jakiś czas w naszym pięknym kraju pojawiają się zaskakujące wymysły „mądrych głów”, które przez wzgląd na swoją pozycję i władzę dyktują maluczkim jak powinni żyć żeby było dobrze. I choć wspominam w myślach Dzień Dziecka Utraconego, który obchodziliśmy kilka dni temu, to dziś mnie uderzyła obuchem informacja, że oto Komitet Praw Dziecka ONZ  (!!!) zarządził iż powinno się w Polsce zlikwidować Okna Życia.

Dla tych co nie widzą,  Okna Życia to takie miejsca, trochę jak „puszki za otwieranym oknem” umiejscowione w publicznym miejscu – przy szpitalu, klasztorze czy domach dziecka, gdzie matki mogą pozostawić swoje świeżo narodzone dzieci jeśli opieka nad nimi czy też macierzyństwo jako takie po prostu je przerosło. Nie będę roztrząsać jakie to one złe i niedobre, nie mniej jednak lepszym wyjściem dla maluszka jest Okno Życia niż pozostawienie go byle gdzie pod chmurką i na pastwę losu. Bo nie raz słyszeliście przecież w wiadomościach że ktoś znalazł noworodka w zimie gdzieś pod śmietnikiem.

okno zycia

Okien Życia w Polsce jest ok. 60 i  tego co usłyszałam jak dotad uratowano w nich ok. 90 noworodków. Innymi słowy 90 dzieci dostało szansę po pierwsze przeżyć, a po drugie znaleźć nową rodzinę, która je pokocha. Nawet procentowo patrząc perspektywa jest lepsza i większe szanse, niż na znalezienie niemowlaka w kartonie pod śmietnikiem na mrozie. Ale mądrale z różnych organizacji wiedzą lepiej, dlatego proponują niedojrzałym matkom „anonimowy” poród w szpitalu (i późniejsze zrzeczenie się dziecka) zamiast porzucenia go w Oknie i zdania na łaskę innych ludzi. Zaskakuje mnie najbardziej „optymizm” w podejściu i myśleniu, że oto matka gotowa porzucić dziecko pod osłoną nocy zdecyduje się nagle rodzić w szpitalu i podpisać przy ludziach stosowne dokumenty. Noł fakin łej.

Tak czy inaczej co jakiś czas wypływają na światło dzienne takie oto rewelacje, które w moim odczuciu poddają w wątpliwość mechanizmy ewolucji. Bo człowiek jako istota stadna zamiast dbać o swoich, coraz częściej podkłada im kłody pod nogi w sytuacjach i tak już (często) emocjonalnie niełatwych.

Bajka o matce z nadmiarem czasu.

Standardowy

Choć mnie nikt bajek nie opowiadał, to ja wam chętnie coś opowiem. Dawno temu, za górami i lasami, mieszkała matka, która się nudziła. Kobieta pracująca i matka polka w jednym miała tyle czasu wolnego, że nie wiedziała za którą rzecz wziąć się najpierw. Każdy jej dzień wyglądał bardzo podobnie, do czasu gdy spotkała inną matkę – zadbaną, szczuplutką, z czystym i uśmiechniętym dzieckiem. I nie mogła uwierzyć, że ta druga za cholerę nie ma czasu dla siebie. Czy to czary? Jak wygląda mój dzień, w którym mam czas na siedzenie na kanapie i napisanie notki?

Gonitwa zaczyna się już od rana. Słyszę budzik, który mój mąż wyłącza błyskawicznie. Leżę jeszcze chwilę mając nadzieję, że w magiczny sposób czas się rozciągnie, bym mogła dłużej poleżeć i jednocześnie wyrobić się do pracy.  Kiedy w końcu otwieram oczy, jesteśmy już bardzo w niedoczasie, więc mój mąż w popłochu prawie wyskakuje z łóżka i zaczyna się szykować.

Chwała Bogu, że Córcia jeszcze śpi,  mamy bowiem możliwość przygotować się każde z osobna. Prawie. „Gdzie moje skarpetki?”, „Będziesz coś prasowała?”, „W co mam ubrać młodą?” (WTF, kiedy to dziecko wstało?). Kiedy w końcu wszyscy wszystko mają odnalezione, przysiadam żeby poprawić to, co matce naturze nie do końca wyszło.  Dziecko podbiera mi tusz i zanim zauważę, ma już upaprane pół twarzy… i żeby tylko.

Dwa przebrania, kilka wrzasków i parę przekleństw później,  w końcu wyszliśmy z domu. Do pracy oczywiście jesteśmy spóźnieni a i tam czas wcale nie chce zwolnić. Czuję się trochę jak ten przysłowiowy chomik w tym swoim śmiesznym kółeczku, który biegnie i biegnie i  biegnie krzycząc w duchu „Jak to się k**wa zatrzymuje?!”.  Na szczęście w końcu udaje mi się wysiąść z tego rozpędzonego pociągu i o godzinie 14 wychodzę do domu.  Mam wolne, jestem wolna jak ptak, mogę się ponudzić albo zrobić co chcę. Prawie.

Muszę jeszcze odebrać Córcię od dziadków. Kiedy wkraczam do domu, wali mnie po oczach obraz bajzlu, nędzy i rozpaczy. Zbieram zabawki, wyrzucam śmieci do kosza, naczynia chowam do zmywarki – kiedy to się tak nabrudziło skoro pół dnia nie ma nas w domu codziennie?  Składam pranie, wstawiam następne bo kosz już pęka w szwach i wyciągam odkurzacz – nie ma przebacz, okruchów tyle co w kurniku. Gdy w końcu doprowadzę mieszkanie do ładu, chciałabym usiąść. I zjeść. Ale od chcenia do robienia daleka droga.

Kochany Mąż robiąc kanapeczki rano nie wspomniał przecież słowem że lodówka świeci pustkami i nawet jednej bułki nie uraczysz. Ubieram więc siebie i dziecko i ruszam do sklepu, standardowo „tylko po jedną rzecz” ale wracam objuczona niczym muł pasiasty. W końcu nie ma sensu latać dwa razy, lepiej kupić na zaś. Kiedy wracam do domu, nim się rozpakuje i ogarnę,  jest już taka pora, że mąż chwilę później wraca z pracy do domu. Można pomyśleć, że jest szansa na oddech i na nudę. Nooo, pomyśleć można.

I znów chciałabym usiąść, ale Córcia ciąga mnie po pokoju, to lalka, to klocki. Potem kąpiel i kolacja. W końcu wszyscy troje siadamy. Dzień minął jak z bicza strzelił. A ja tak bardzo się nudziłam, że nawet nie wiem kiedy padłam na łóżko i jeszcze zanim moja Córcia…. zasnęłam…. ;)