Dziecięce spotkanie z dzikim zwierzęciem.

Standardowy

„Jest letnie, wakacyjne popołudnie. Jestem akurat w domu i przygotowuję obiad. Przez otwarte okno słyszę radosne wrzaski biegających za piłką dzieciaków, wśród których jest też moja 10-letnia córka. Czuję zapach trawy – dozorca akurat kosi.  W pewnej chwili jednak radosne okrzyki cichną, za to rozlega się jeden przeraźliwy wrzask. Świadomie lub nie, rozpoznaję głos mojego dziecka. Gdy dopadam do okna, nigdzie nie widzę córki. Odwracam się, biegnę przez przedpokój i dopadam do drzwi wejściowych. Otwieram je i słyszę szybkie kroki na klatce. Po chwili wyłania się moje dziecko – całą twarz ma opryskaną krwią.

Prawie mdleję, bo wyobrażam sobie, że wygłupiając się na podwórku któreś z dzieci popchnęło ją i wpadła pod kosiarkę. Jak to brzmi, wiem – absurdalnie, ale patrzę na jej obryzgane krwią ubranie. Jedną ręką podtrzymuje drugą dłoń. Serce bije mi szybko, nerwowo. Kiedy wchodzi do domu, natychmiast kieruję ją do łazienki, a sama idę po plastry i bandaże. Kiedy wracam, córka pochyla się nad umywalką opłukując zimną wodą krwawiący palec. Oddycham, tylko palec.  Pokazuje mi niewielkie nacięcie na samym opuszku. Tętniczka – myślę – i stąd tyle krwi. W końcu zadaję pytanie: – Co się stało?

Wzrusza ramionami i odpowiada:

UGRYZŁ MNIE KRET.”

 

Ha, zdecydowanie można się śmiać, choć historia przeraża i mrozi krew w żyłach. I do tego przydarzyła mi się naprawdę. Tak, w sensie że to mnie ugryzł kret, bo historię stworzyłam z perspektywy mojej matki. Tak naprawdę kiedy grupka dzieciaków dostrzegła na trawie kreta, rozpoczęła się pogoń. „Czarny chomik!” wołali niektórzy. Z dumą dopadłam go pierwsza, a zaraz potem chomik-kret dopadł mnie. W palec. A biegnąc po schodach na 4 piętro machałam tym palcem jak szalona, dlatego moje ubranie i pół klatki schodowej nadawało się do wymiany. Horror.  ;)

chomik

Seks jest jak ogień w kominku. Nie należy go oglądać wyłącznie w TV.

Standardowy

Pamiętam jak będąc jeszcze nastolatką zarzekałam się że nie kupię sobie nigdy białych butów. Aż przyszedł w końcu taki dzień, kiedy sfrustrowana bezowocnym poszukiwaniem sportowych butów trafiłam na białe „pumy”. Kupiłam… i od tamtej pory miałam już trzy pary białych butów,  mało tego w podobnym fasonie. Do czego zmierzam? A no do tego, że chciał-nie chciał gust nam się zmienia, a w niektórych przypadkach wprowadzenie zmian okazuje się nawet potrzebne.

W osławionym już książkowym soft-pornosiku główni bohaterowie, mimo iż ich namiętność i gwałtowność uczuć wynika z świeżości związku , wspomagają swoje łóżkowe ekscesy różnymi gadżetami,  czasem mniej lub bardziej potrzebnymi. Chciałabym się z psychologicznego punktu widzenia wypowiedzieć,  jak gadżety wpływają na pożycie i że w ogóle wpływają ale nie znam się na tym, więc powiem z doświadczenia. I nie, nie spodziewajcie się że będę pisać o wizytach w sex-shopach, przywiązywaniu się do łóżka i kajdankach z różowym futerkiem! Nadal chcę napisać o urozmaiceniach i wprowadzaniu zmian.

Że powroty małżonków do łóżka bywają trudne, w sensie po urodzeniu dziecka, już pisałam. Że on chce, ona nie. Ona zimna, nie gorąca a on chce i już ją trąca. Ja wiem i ty wiesz, że to nie takie proste. Zważywszy że hormony jej szaleją, dziecko wciąż siedzi w głowie, nie ma przebacz. Ale każdy zdrów na umyśle zdaje sobie sprawę, że na ciąży/porodzie/dziecku świat się nie kończy, a już miłość małżeńska tym bardziej. W związku z powyższym trzeba się wziąć zdecydowanie w garść i  po zaakceptowaniu siebie (haha, tak wiem, dobry dowcip, ale wiem też że fałdka na brzuchu to nie koniec świata) każda kobieta powinna spróbować   (a nie tylko pomyśleć) żeby wejść w skórę Anny i przypomnieć sobie co to jest namiętność u boku domowego Grey’a.

Pójdę krok dalej, (czyt. dalej będę się mądrzyć) i powiem, że ja też nie wpadłabym na to, by sobie kupić czerwone szpilki i zakładać je tylko…do seksu! Na szczęście mam jakieś w zanadrzu, mogę wykorzystać. :)  Mało tego, kiedyś sam pomysł narzucenia na siebie prześwitującego wdzianka rodem z burdelu wydawało mi się zbędne i abstrakcyjne. Podobnie jak seks na podłodze czy na stole (dobra, dobra, nie krzyczcie że „fuj”, bo przy czytaniu Grey’a się tym zachwycałyście). Nie uprawiałaś jeszcze seksu na stole? Czas spróbować. Wcześniej jednak zadbaj o brak krzaków (if ju noł łot aj min ;)  ), pomaluj paznokcie na krwistą czerwień, załóż koronki lub lateks i odpal na telewizorze film prezentujący skwierczący ogień w kominku. Ja tak ostatnio zrobiłam…

To znaczy ten ogień w kominku, (tak dla śmiechu) reszty pomysłów nie będę zdradzać, chociaż moja zmiana poglądów/sympatii/ preferencji jest nawet dla mnie chwilami zaskakująca. (Tak samo jak zaskoczyło mnie to, że w ciąży miałam większą ochotę na seks, niż teraz – dawno po urodzeniu dziecka.) Tak, to się dzieje, potrzebujemy w życiu i w seksie urozmaiceń, choć nikt nie chce o tym mówić.  Dzieje się też tak, że miłość i namiętność w małżeństwie trzeba podsycać, niczym ten przysłowiowy ogień w kominku, a nie ten puszczany na telewizorze… :)

Tak więc do dzieła! :)

Jak się NIE zabierać do wychowania dziecka.

Standardowy

Stwierdzam z niesmakiem, że praca źle wpływa na moje zdolności lingwistyczne oraz umiejętność wyrażania myśli. O ile na sporadyczność notek wpływa bardziej brak czasu, o tyle brak notek wpływa na ograniczenie mojego słowotwórstwa oraz zdolność wysławiania się. Myślałby kto, że mam deficyty w słowniku skoro czytam przynajmniej jedną czy dwie książki tygodniowo. Nie pomyślałam tylko, że 600 stronicowe opowieści z gatunku fantastyki
nijak się mają do sformułowania opowieści o macierzyństwie. I znów myślałby kto, bo przecież rodzicielstwo to też takie trochę science-fiction.

Ale do rzeczy.

Przyszło mi do głowy, że chciałabym obalić kilka mitów w kwestii obsługi niemowlaka. I pierwsze, co przyszło mi do głowy to „nie noś miesięcznego niemowlaka w pionie”. Tere-fere. Głównie moja teściowa zawodziła widząc naszą Córcię trzymaną w pionie a nie w poziomie. Pominąwszy fakt, że moje dziecko wcale nie przepadało za poziomą pozycją (poza chwilami przy cycu), to gdzieś się dużo później dowiedziałam, że pionizacja pomaga w przyspieszeniu procesu siadania a później chodzenia. Nie uważam, by moje dziecko było w tym pionierem, ale pokonywanie kolejnych etapów poszło jej całkiem sprawnie. I kręgosłup ma zdrowy, głowę też na miejscu. No popatrz, popatrz.

Kolejne z serii „nie rób tego swojemu dziecku” to wzbranianie się przed spaniem z niemowlakiem
w jednym łóżku. Pierwsze chyba dwa miesiące, spaliśmy z córką pomiędzy nami, co nie poskutkowało
przyduszeniem ale było zdecydowanie wygodniejsze podczas nocnego karmienia. I zdecydowanie dobrze
działało na moje emocje – bliskość maluszka, rodzinne ciepło, poczucie bliskości, miłość – śmiejcie
się, ale tak właśnie było. Potem córcia lądowała w swoim łóżeczku, a za jakiś czas wracała między
rodziców. Jest dobrze.

Następny zwrot to „telewizja przed skończeniem 2 roku życia jest zabroniona” – fakt, raczej nie wskazana,
ale jak to powiedziała okulistka na wizycie: takim małym dzieciom nie robi to żadnej różnicy. Dzieci patrzą w telewizor i dzięki temu skupiają wzrok, wyostrzają go… wykształcają? Jakoś tak. Tak czy inaczej moja córka patrzy na telewizor raczej z powodu ruchomych obrazków niż z powodu zainteresowania treścią.

„Nie dawaj dziecku poniżej roku owoców, serków, lodów, etc. etc.”, a najlepiej tylko na przysłowiowym chlebie i wodzie niech funkcjonuje. Bo sama fotosynteza może nie wystarczyć. Kwestia żywienia jest bardzo sporna, o czym się przekonałam kiedyś podczas tyrady swojej szwagierki, skwitowanej moim krótkim: „Niech każdy się
zajmie swoimi dziećmi”. Spieszę poinformować, że nie jestem zwolennikiem fast foodów i przetworzonego jedzenia,
ale od zjedzenia czekolady czy frytek raz na jakiś czas, jeszcze nikt nie umarł. Na przypieczętowanie moich teorii przychodzi mi na myśl stwierdzenie, że za moich czasów dzieci jadły wszystko jak leci i były zdrowe, wcale nie otyłe i generalnie nikt się nie przejmował takimi głupotami. Do wszystkiego trzeba podchodzić z rozsądkiem.

Chętnie bym przytoczyła jeszcze kilka przykładów, ale moje kochane dziecię domaga się matczynej uwagi, a styrany
mąż i tak już ostatkiem sił się na nogach trzyma. Może następną notkę napisze o tym, jak to matka polka niezastąpiona jest i w każdej sytuacji da radę.

dzieko