Raz na wozie, raz pod wozem.

Standardowy

praca

Myślę, że spokojnie mogę powiedzieć, iż nie jestem typem ostatniej marudy, która  swoje niepowodzenia roztrząsa w nieskończoność i drży jak osika o swoje przysłowiowe ’jutro’. Kto czytał poprzednią notkę ten wie, że z narzekaniem mi nie po drodze, a porażki staram się przekręcać na swoją korzyść. Haha, chciałoby się zarechotać, nie zawsze się tak da i nie ma się co oszukiwać.

Dziś po raz kolejny dostałam odmowną odpowiedź w kwestii potencjalnej pracy na stanowisku recepcjonistki. O ile pominę milczeniem pięcioetapowy proces rekrutacji, o tyle pozwolę sobie odrobinę wyegzaltować moją frustrację, żal i niezrozumienie na pozostałe sprawy. Szukam bowiem pracy od przeszło pół roku i jak widać na załączonym obrazku, stała praca i ja zdecydowanie wciąż się mijamy.

Ha! Jakby tego było mało to zaraz po testach kwalifikacyjnych na tę recepcję (!) zadzwoniła do mnie pani z innej firmy by poinformować, że są moją osobą zainteresowani. Trzy szybkie pytania w stylu ‚kiedy może pani zacząć’ i’ czy nadal pani szuka pracy’, by po kolejnym pytaniu o oczekiwane przeze mnie zarobki niedoszła pani rekruterka zaczęła się jąkać i pośpiesznie oznajmiła, że jakby co to przekaże komu trzeba i się odezwą. Taaa, jasne.  A mnie tu kaktus
wyrośnie.

Zapewne źle to świadczy o mnie (a nie o pracodawcach!), ale przez powiedzmy siedem lat mojej kariery zawodowej tylko raz udało mi się zatrudnić na umowę o pracę. Nie wiem, czy to wynika ze skąpstwa pracodawców, nieopłacalności zatrudnienia czy moich wad (o których do dziś nie wiem) ale prawda jest jaka jest. Oczywiście może nasunąć się pytanie, co zrobiłam przez ten czas żeby się stać bardziej atrakcyjną dla przyszłego pracodawcy? Czym mogłabym zabłysnąć wśród tak skomplikowanych obowiązków jak odbieranie telefonów i wklepywanie faktur do kompa?

Bardzo chętnie bym się doszkoliła; może jakiś kurs językowy albo kurs asystencki, który zapewne jakaś firma/uczelnia charytatywnie mi sprezentuje, bo skoro nie mam pracy to i z kasą jakoś jakby na styk. Zawsze też mogę sama zainwestować w swoje szkolenie – zamiast kupić dziecku pieluchy. Przy okazji zaliczymy przyspieszony kurs sikania na nocnik. Jak widać – same plusy.

Podsumowując powyższe: choćbym chciała, to z pustego nie naleję. Chcę iść do pracy, tylko żadna praca nie chce przyjść do mnie, najlepiej z dobrą pensją i stałą umową w pakiecie.  Innymi słowy najwięksi optymiści widzą jak na dłoni, że „co poradzisz, skoro nic nie poradzisz”.

 

Jak to mówi czasem mój mąż: „Ch**em chrzanu nie ukręcisz”.

Wykład o pozytywnym myśleniu.

Standardowy

Dziś będzie trochę z innej beczki. Być może niektórzy z was kojarzą wcale nie tak stary
film z Jimem Carreyem, o wdzięcznym tytule „YES-Man”, w którym to filmie główna postać
po namowach dawnego kolegi bierze udział w spotkaniu z Couchem (Trenerem osobistym/Trenerem osobowości – jak kto woli) i poddany presji zgadza się na podjęcie wyzwania: cokolwiek będzie działo się w jego życiu, będzie zawsze na TAK. Nierealne? Być może, w końcu to tylko film, a do tego wszystkiego komedia. Bo przecież w normalnym życiu tak się nie da, no nie?

Jeśli byliście choć raz w jakiejkolwiek większej księgarni to z pewnością zauważyliście, że
dział psychologia/poradniki wcale nie należał tam do „najszczuplejszych”. Nie jeden ‚mądrala’ wypuścił na świat swoje przemyślenia i dobre rady odnośnie tego, jak dobrze żyć i co tak na prawdę da nam szczęście. Wróćmy jednak do filmu. Wyobrażacie sobie, że ktoś prosi was o pożyczenie pieniędzy, choć wcale nie śmierdzicie groszem? I zgadzacie się? Że ktoś prosi o pomoc w remoncie mieszkania, choć wzięliście urlop i planowaliście zaliczyć jakieś last minute? I zgadzacie się?Koleżanka wyciąga cię na wystawę, choć sztuka jest na szarym końcu twoich zainteresowań ale bez protestowania zgadzasz się na wyjście? Albo na poświecenie wieczoru w roli opiekunki do dziecka, choć w planach była randka stulecia?

Tak, przyznaję że film jest mocno przekoloryzowany, jednak nie na to chcę zwrócić uwagę. Bardziej chodzi mi o zaznaczenie naszego podejścia do życia. Jesteśmy wiecznie zmęczeni, zabiegani. Nie dbamy o swoje ciało, sprawność fizyczną i wrażenia duchowe. Długo się gniewamy, plotkujemy, obrażamy, hejtujemy tych, którzy patrzą na życie przez różowe okulary, czy motywują innych. Bo jak to tak, cieszyć się że słońce świeci? Przecież świeci przez większą część roku. I jak grubaska może się cieszyć z tego, że pot płynie jej po plecach, skoro jeszcze tyle kilogramów ma przed sobą? To, że w miesiąc spadło ich kilka już nie
ma znaczenia. Widzimy to, co negatywne. Nie myślimy „na tak” – że na tej nudnej wystawie poznam miłość swojego życia, że pożyczając komuś ostatni grosz nazajutrz wygramy w totka.

Dobrze, z tym ostatnim przesadziłam, bo totolotek to kosmiczny twór. Ale pożyczenie komuś, czy podarowanie, pomoc jakakolwiek, powinna wyzwalać w klatce piersiowej ciepło, a na ustach uśmiech. Poza tym dobroć wraca i łatwo to zaobserwować u ludzi, którzy są jak ta postać z filmu Yes-Man’ami, którzy są z ludźmi będącymi z życiem i samymi sobą na tak. Którzy dostrzegają drobiazgi i czekają na więcej. Którzy się na to ‚więcej’ otwierają. I tak, trzeba zachować rozsądek i umiar, bo film to fikcja, a życie to życie. Nie mniej jednak, kiedy obserwuję takich pozytywnych ludzi, którym hejterzy docinają, a bliscy podcinają skrzydła i oni się nie poddają, wiem że każdemu człowiekowi w tym kraju przydałaby się taka lekcja optymizmu.

Zawsze można dostać więcej. I to nie żadne czary, ani też sekret. Czasem wystarczy się po prostu otworzyć.

trust-jesus

Matka i poświęcenie, to jakby to samo.

Standardowy

Odczuwam powoli narastającą frustrację, gdy zdążyłam dopiero usiąść, a moja Córcia już ciągnie mnie za rękę, bym z nią poszła. Wstaję, choć dopiero zdążyłam ogarnąć kuchnię, jej porozrzucane wszędzie zabawki oraz moje książki, które ona pozdejmowała z półek i rozrzuciła po całym salonie. Córcia jednak szybko traci zainteresowanie mną i znów zwraca się w stronę moich książek. Łup, łup, znów są na podłodze. Moje dziecko woła „Am!” więc wstaję by dać jej jakąś przekąskę, którą po chwili rzuca na podłogę. Pochylam się, zbieram, ogarniam.

Miałam w tym miesiącu iść do dentysty. Dwa zęby wołają o chwilę uwagi, zwłaszcza gdy się pokuszę o zjedzenie czekolady. Ale Córci urosły stópki (w końcu cała reszta też urosła) i trzeba było kupić buciki, skarpetki, trzy pary legginsów. Przydałaby się jeszcze jakaś cieplejsza bluza z kapturem, czy polarek ale w sklepach jeszcze kolekcja letnia. Mamie i tacie też przydałoby się odświeżenie garderoby, ale na tyle naraz jeszcze nie możemy sobie pozwolić, mimo że od miesiąca są dwie wypłaty. Tak czy inaczej rodzice odmawiają sobie na rzecz dziecka, co na pierwszy rzut oka zdaje się być sprawą oczywistą.

Według słownika „poświęcenie” symbolizuje gotowość do bycia ofiarnym wobec innych. W relacji rodzicielskiej wygląda to tak, że matka odda swojemu dziecku wszystko. Może chodzić w starych, niemodnych i źle dobranych ciuchach, ale dziecko będzie ubrane markowo od stóp do głów. I dostanie kolejną zabawkę, choć wcale jej nie potrzebuje. Mama widzi przyjemność w sprawianiu radości
swojemu dziecku. Odmówi sobie wszystkiego, ubrań, kosmetyczki, wakacji. Bo poświęcenie dla dziecka jest sprawą pożądaną, a jednocześnie naturalną.

Ale: poświęcenie wiąże się jednocześnie z frustracją. Bo choć każda matka dałaby się pokroić za swoją pociechę na czworo, dochodzi do takiego momentu, w którym chciałaby w końcu zrobić coś tylko dla siebie – najczęściej ma okazję dopiero na emeryturze. I albo funkcjonuje jako męczennica z godnością przyjmując swój los, albo jej złość narasta z każdym dniem, by w końcu eksplodować. Pozostaje też kwestia tego, że oddając siebie pod całkowite dyktando dziecka wyrabiamy w nim
poczucie, że wszystko mu się należy. Troszkę tego widzę, kiedy moja Córcia po dniach spędzonych u dziadków na każde moje „nie” reaguje histerią.

Reasumując: trzeba w każdej relacji, czy to będzie związek czy macierzyństwo, znaleźć jakiś złoty środek. Oddzielić potrzeby od kaprysów i nauczyć się asertywności. Poświęcenie jest jak najbardziej wskazane, ale trzeba we wszystkim mieć jakiś umiar. W końcu, czy bardziej szczęśliwe jest dziecko, które dostaje wszystko czego sobie zażyczy, ale jednocześnie ma zmęczonych i sfrustrowanych życiem rodziców, czy też takie które zabawek ma mniej, ale za to jego życie rodzinne i ‚emocjonalne’ kwitnie?