Tabu, które może zabijać.

Standardowy

Nie jestem jakimś maniakiem telewizyjnym, ale przyznaję bez bicia, że przynajmniej te wieczorne wiadomości staram się codziennie oglądać, by jako tako się orientować co się
w świecie dzieje. I oto mówią, że kobieta wyrzuciła 3-miesięczne niemowlę przez okno z
czwartego piętra. I już grad obelg i wirtualnych kamieni oraz hejt możliwy leje się
strumieniami na każdym portalu informacyjnym. Co to za matka?! Zabójczyni! Do pierdla z
nią a najlepiej na krzesło elektryczne. Chwila, chwila.

Daleka jestem od stawania po stronie tej kobiety, jednak zagłębiając się nieco w okoliczności od razu widać, że nie wszystko czarne jest czarne, a białe jest białe. Z informacji, które podają media wynika, że mąż kobiety dużo pracował, ona nie radziła sobie z opieką nad dzieckiem, ponoć przyznała się, że gdy płakało, przytykała mu do twarzy poduszkę, a gdzieś jeszcze w tym wszystkim pojawia się teściowa… Tak, oczami wyobraźni znów widzę krzyczących, że to tym bardziej patologia i należy kobitę izolować od świata. Ale czy ktokolwiek w ogóle pomyślał, że przyczyną tego nieszczęścia (tak, dla tej matki zwłaszcza) mogła być choroba?

Jest kilka tematów okołoporodowych, o których się nie mówi. Mimo, że są naturalnymi konsekwencjami (lub skutkami ubocznymi) ciąży i porodu, to ani same kobiety ani ich środowisko, nie chcą wspominać o ich istnieniu. Przykładem tego jest depresja poporodowa. Spadek nastroju, drażliwość, poczucie nie radzenia sobie z sytuacją, brak sensu, nieumiejętność radzenia sobie z emocjami i z opieką nad dzieckiem, nerwowość… i mogłabym dalej wymieniać. Objawów jest wiele, jednak skutki tego wszystkiego bywają
jak widać na powyższym przykładzie, skutki mogą być opłakane.

A mimo to się o tym nie mówi. W mało którym szpitalu na porodówce psycholog jest dostępny od ręki, a już na pewno nie istnieje zwyczaj robienia jakiegokolwiek wywiadu ze świeżo upieczoną matką w celu sprawdzenia jej stanu psychicznego. A i kobieta sama, w dzisiejszym dążącym do ideału świecie, najzwyczajniej w boi się i wstydzi przyznać komukolwiek do tego, że nie radzi sobie z macierzyństwem. Zwłaszcza, gdy wcześniej
wszystko było z nią w porządku. I niestety dopiero po jakimś czasie kobieta zdaje sobie sprawę, że coś jest nie tak, zwykle bywa już za późno.

Reasumując: jestem zdania, że nigdy nie należy oceniać książki po okładce, zwłaszcza kiedy jest wiele przesłanek mówiących o tym, że nie zawsze czarne jest czarne, a białe jest białe.

A kobietom, które źle się czują w macierzyństwie, polecam wypełnić tę ankietę:

http://www.depresja-poporodowa.pl/edynburska-skala-depresji-poporodowej.php

Ich troje, czyli cała prawda o związku i dziecku.

Standardowy

Muszę się przyznać, że przed zajściem w ciążę byłam święcie przekonana, że mojego związku
nic nie ruszy. Będąc w ciąży, choć widzialam u mojego męża i obawę i radość na myśl o
dziecku, wciąż żyłam w świętym przekonaniu (czyt. naiwniactwie), że skoro zaufanie jest,
miłość jest i wsparcie też, to jeden mały człowiek więcej nie zrobi nam żadnej różnicy.
Tak, można się już śmiać. Po tym wszystkim przyszła rzeczywistość.

Twoja druga połówka przestaje być numerem jeden. Co by nie mówił i jak nie kombinował,
matka jest dziecku niezbędna 24/7 i zajmuje ono centralne miejsce na matczynej orbicie. Matka
zna przecież malucha najlepiej, najlepiej odczytuje emocje i realizuje potrzeby. I niestety na te wszystkie obowiązki kobieta musi znaleźć czas, kosztem oczywiście swojego mężczyzny.
Nie ma lekko, facet – ojciec, musi się z tym faktem pogodzić i zamiast robić żonie wyrzuty,
uzbroić się w cierpliwość.

A najlepiej jeszcze pomóc. Bo czasem mężczyźni sprawiają wrażenie ciężko zszokowanych, gdy się im podstawi pieluszkę do zmiany, albo butelkę do nakarmienia. Przecież to też jego
dziecko, więc na upartego to nawet nie pomoc tylko po prostu rodzicielstwo, które mężczyzn -ojców też dotyczy. Jedni robią to z poczucia obowiązku, inni dla świętego spokoju. Jakby nie było w rodzicielstwie też jest równouprawnienie.

Po urodzeniu dziecka czekałam codziennie na męża z utęsknieniem. Wstyd się przyznać, ale nie z tej tęsknoty (choć trochę też), ale ze świadomości, że oto moja „warta” przy dziecku się
skończy (albo przynajmniej mąż nieco mnie odciąży). I wściekałam się gdy się choć trochę
spóźniał,bo ograniczał mój czas wolny, ale byłam mu szalenie wdzięczna, gdy przy sobocie
zabierał Córcię do drugiego pokoju bym mogła trochę pospać. Albo po prostu odpocząć od dziecka. Tak, nie jestem wyrodną matką, a mimo to czasem chcę odpocząć od kochanego malucha.

Jeśli przed ciążą kochaliście się często, to wyjątkowo trudno jest zwykle mężczyznom zrozumieć, że dla świeżo upieczonej matki od ekscesów w nocy bardziej liczy się romans z poduszką i kołdrą. Zwłaszcza gdy tego romansu nie przerywają nocne pobudki na karmienie czy zmianę pieluchy. W końcu jak donoszą naukowcy, tylko nieprzerwany sen pozwala na prawdziwą regenerację. A przy dziecku jak wiadomo regeneracja przydałaby się podwójna. Albo potrójna.

Napisałabym „najlepsze zostawiłam na koniec”, ale właściwsze będzie „najgorsze” lub „najgłupsze”, czyli niekończąca się licytacja pt. „kto ma gorzej”. Czy mąż, bo cały dzień w robocie, ma urwanie głowy, ciąży na nim obowiązek utrzymania rodziny, czy ja matka, bo cały dzień jestem z wymagającym niemowlakiem, nie śpię, nie mam czasu na jedzenie i ogólnie mam gorzej? Cóż, niewyspanie, brak czasu na relaks, etc. etc. sprawiają, że zamiast szukać rozwiązań i cieszyć się nawet wspólnymi 5 minutami, czy buziakiem w przelocie, marnujemy czas na wzajemne pretensje i utyskiwanie. Co gorsza,jak się okazuje, to nie związek zmienia się sam z siebie, a miłość nie wyparowuje wraz z urodzeniem się dziecka. To my się zmieniamy.

Kobieca estetyka.

Standardowy

Powszechnie się uważa, że niezależnie jak kobieta wygląda, to i tak „każda potwora znajdzie dla siebie amatora”. Mimo to, niedawno odbyliśmy z mężem małą pogadankę odnośnie kobiecej estetyki i tego, co dla mężczyzny w kobiecym wyglądzie jest zdecydowanie niedopuszczalne. I choć bierzemy pod uwagę fakt, że są gusta i guściki, to jednak pewne elementy są stałe.

Na przykład włosy pod pachami. Niby nic takiego, bo na większości zdjęć sprzed dwudziestu lat można bez problemu dostrzec wystające spod uniesionych ramion włoski. Dziś, abstrahując od maniakalnie chwilami egzaltowanego kanonu piękna, kobieta która w środku miasta podniosła by ramię zwieńczone ciemnym buszem z pewnością wywołałaby obrzydzenie (jeśli nie oburzenie). I na nic akcje na Twitterze, gdzie kobiety wrzucają zdjęcia owłosionych pach. Kudłata pacha jest fuj i koniec.

Jakiś czas temu media nagłaśniały akcję młodej (chyba) hiszpanki, która postanowiła na znak antypatii dla współczesnego trendu piękna nie golić pach i nóg. No właśnie – nogi. Pamiętam kiedyś, mąż mój podzielił się ze mną po wizycie na wsi swoim spostrzeżeniem (choć bardziej oburzeniem), że dolne partie ciała tamtych kobiet (czyt. nogi) żyją zdecydowanie własnym życiem bez ingerencji swoich właścicielek. I podsumował zbulwersowany, że nie wyobraża sobie, żeby jego żona miała na nogach takie krzaki jak on sam. (Ufff, nie mam! )

Następna uwaga mojego męża (w ciągu tej samej konwersacji o estetyce) dotyczyła zrośniętych i rozległych na pół czoła brwi kuzynki. I znów pomijając, że biedna nie ma czasu i pewnie nawet nie pomyślała o tym (a mąż jej na to nie utyskiwał), fakt że stan rzeczy jest jaki jest wywołał w moim mężu wstrząs. Bo jak to, żeby kobieta nie miała wyregulowanych brwi, a zrośnięte to już w ogóle masakra. Uff, na szczęście znów mnie to nie dotyczy.

O takich drobiazgach jak manicure czy pomalowane paznokcie u nóg, to nie będę wspominać, bo to szczegóły i jak kobieta o powyższych sprawach nie pamięta, to tym bardziej o duperelach. Nie mniej jednak to ciekawe, że u mężczyzn dopuszcza się owłosione pachy, klatę i plecy (choć wielu już o to dba), zaniedbane dłonie i mięsień piwny, natomiast kobiety wciąż są na cenzurowanym.

Chociaż jak czasem się rozejrzę na ulicy, to mam ochotę stwierdzić że i ta cenzura to za mało :p ;)