Jak praca zmienia życie człowieka.

Standardowy

Ponieważ fejsik przypomniał mi dziś, że od tygodnia moi wielbiciele nie mają ze mną  kontaktu, postanowiłam ten fakt zmienić. Moją nieobecność zwalam na karb pracy (niestety wciąż nie stałej – chociaż lepszy jakikolwiek dochód, niż żaden), która się odbywa  w tak zwanych dniach i godzinach roboczych, po których to zwykle padam na pysk i czasem nie mam nawet siły by przygotować naszej dwójce (tj. mnie i mężowi) chociażby obiad. W związku z powyższym również moje blogowanie nieco przystopowało.

Zuzoon („Z perspektywy..”), która ostatnio powróciła po macierzyńskim do pracy, również pisała notkę o tym, jak to nowe-stare wcielenie matki wpływa na jej stan psychiczny. I o ile nie mam problemów z czytaniem i ze zrozumieniem, to pisała że jest fantastycznie i że nawet wąchanie spoconych ludzi w autobusie stojącym w korku sprawia jej radość, gdyż jest odskocznią od rutynowego życia, które prowadziła przez ostatni rok. Generalnie jak i matka jest dla pracodawcy wartością dodaną, tak i praca jest tym samym dla matki.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym mając podobne doświadczenie z ostatnich dwóch tygodni, nie wtrąciła jakiegoś „ale”. Kiedy zrywam się codziennie bladym świtem, szykuję siebie, męża i córkę do wyjścia, potem o 7.30 (lub chwilę później) zostawiam moją Córcię z dziadkami, mam zdecydowanie mieszane uczucia. Owszem, gdzieś w 4-5 miesiącu życia mojego dziecka, jedyne o czym marzyłam, to by jak najszybciej wyrwać się gdzieś z domu, najchętniej jak kobieta – nie jak matka. Dziś, kiedy wracam po 9 godzinach, marzę by swoje dziecko wyściskać. Najnormalniej w świecie za nią tęsknię.

I śmieję się sama z siebie, bo pamiętam ile razy klnęłam, kiedy moja córka spała kwadrans – gdy ja marzyłam o co najmniej dwóch godzinach spokoju, kiedy chciałam napisać notkę, a moje dziecię uwieszone na mojej nogawce darło się w niebogłosy. Wtedy najchętniej zapakowałabym ją w karton i wysłała na Madagaskar, byleby mieć choćby chwilę spokoju. Dziś, w trakcie dnia pracy, dzwonię raz do dziadków – by zapytać jak się ma młoda – i myślę o niej gdy spoglądam na uśmiechnięty ryjek spoglądający na mnie z ekranu komórki.

Brakuje mi tego nadmiaru czasu na spacery, wygłupy, kokoszenie i wszystkie inne. I odczuwam taki słodko-gorzki smak tego mojego zatrudnienia, gdyż z jednej strony spełniły się moje prośby o chwilę czasu bez dziecka, w innym wymiarze niż „matka”, ale z drugiej strony ten czas wypełniło mi coś innego, dużo bardziej absorbującego. A nie do końca to miałam na myśli.

Biografijka…

Standardowy

Ponieważ ostatnim razem wpis z serii „poznajmy się bliżej” podobno przypadł Wam do gustu, z braku czasu postanowiłam kontynuować ten trend.  I zastanawiałam się, w jakiej formie stworzyć ten wpis. Czy to zrobić w formie „lubię – nie lubię”, czy może „czarne – białe” albo jeszcze inaczej. Pamiętam nawet, z dawnych czasów, jak po klasie krążyły szkolne zeszyty opisane jako „Złote myśli”. Innymi słowy: pytań kilka, kilkanaście, albo nawet całe mnóstwo i na wszystkie możliwe tematy. Postanowiłam więc iść tym tropem i przytoczyć kilka z nich.

1. Jaki jest twój ulubiony zespół/wykonawca?

Cóż, chwilowo nie mam jednego ulubionego. Lubię muzykę z różnych gatunków, trochę soulu, trochę chilli, trochę popu i dance. Ale pamiętam, że na etapie gimnazjum pisałam wyłącznie: Backstreet Boys :D Coś z tego zostało do dziś :)

2. Jakie masz dziwne zwyczaje?

Cóż, nawiązując do ostatniego wpisu z bloga „Na Macierzyńskim”, mogłabym przytoczyć kilka swoich nietypowych zwyczajów: lubię frytki z lodami. No ale jak to? Normalnie – biorę frytkę, maczam w lodach i do buzi :) albo wcinam kanapki z serkiem chrzanowym posmarowane dżemem truskawkowym. Można?

3. Jaki zawód chcesz wykonywać w przyszłości?

Cóż, dawno temu wymyśliłam sobie, że zostanę prawnikiem. Bo to takie prestiżowe zajęcie no i zarobić nieźle można. Ale mimo ambicji i predyspozycji, za mało miałam motywacji (innymi słowy lenia). Potem planowałam podróżować albo chociaż biuro podróży prowadzić, potem księgarnię (jedno i drugie z hobbystycznych pobudek). A moja droga zawodowa skończyła się tym, że jedyne co jest w niej stałe to „zawód: matka”. :)

Zabawki na miarę czasów.

Standardowy

Kiedy patrzę wstecz na swoje dziecięce lata, to z tak zwanych „dziewczęcych” zabawek
jakie miałam wtedy w posiadaniu, pamiętam tylko jedną: lalkę Barbie. Przyznaję,
że przeszło dwadzieścia lat później, kiedy okazało się, że owy „wzór kobiecości” pod
postacią lalki wciąż jest na sklepowych półkach, byłam zaskoczona. I jak doczytałam,
Barbie – choć wiecznie piękna i młoda – ma już 56 lat. Ha! I zadnej zmarszczki na twarzy.

Właśnie. Otóż kiedy zmyjemy lalce makijaż, okazuje się, że pod toną ‚tapety’ ukrywa się
śliczna, młoda dziewczyna o delikatnych rysach. Odcień skóry nie jest płynny i oto staje
przed młodą dziewczynką prawdziwy obraz młodzieńczej urody w postaci lalki. Nie żadna
mocno przerysowana „kreatura” z wydętymi ustami i tapetą a la draq queen. Naturalna  lalka Barbie to dzieło meksykańskiej artystki. Idea usuwania wizualnego fałszu i usunięcie elementów wywołujących niepotrzebne kompleksy to coś, z czym się stuprocentowo identyfikuję.

Parę kroków za słynną lalką podąża też pewna australijska matka, która przygodę z lalkami z serii Bratz zaczęła od oczyszczenia kilku i wręczenia ich swoim córkom. Kuse i wyzywające ubranka zamienia na własnoręcznie robione, filcowe lub dziergane stroje, które o wiele bardziej przypominają to, czym powinny bawić się małe dziewczynki. Naturalność jest tym, co zdecydowanie należy promować w kontekście urody (zwłaszcza dla małych dziewczynek, potem nastolatek). Obie kobiety przełamują kult piękna tak promowany w dzisiejszych czasach.

Czy kupiłabym taką przerobioną lalkę swojej Córci? Tak, oczywiście – mimo, że sama bawiłam się tą oryginalną, umalowaną i wystylizowaną Barbie. Ale nie oszukujmy się: czasy były inne, a ja byłam bardziej chłopczycą (choć po tylu latach chciałabym stwierdzić, że to zasługa mojego rozsądku i cech charakteru), że nie w głowie mi było malowanie, odchudzanie i moda. Nie mniej jednak pomysł wspaniały i podobno idąc w ślad za nim gwiazdy zaczynają publikować na profilach społecznościowych swoje naturalne fotki. Czyżby świat szedł ku lepszemu? :)