Chore dziecko z przedszkola won!

Standardowy

Wyobraź sobie, że jesteś matką. Jakimś cudem udało ci się umieścić swojego malucha w wymarzonym przedszkolu. Jesteś dumna, bo dziecko szybko się zaadaptowało i od dłuższego czasu chętnie wędruje do przedszkola, ma tam nawet kilku przyjaciół. I kiedy ta przedszkolna sielanka trwa w najlepsze, przez przypadek dowiadujesz się, że jedno z dzieci z którymi na co dzień przebywa twoja pociecha jest chore. Choć „chore” to nie do końca właściwe słowo. Jest zarażone. Zakażone. Wirusem HIV.

Otóż jak się okazuje dzieci zarażone wirusem HIV, mają olbrzymi problem z dostaniem się do jakiegokolwiek przedszkola, jeśli ich rodzice postanowią być szczerzy i zdać się na tolerancję swojego otoczenia. Dyskryminacja i odrzucenie to podstawowe reakcje, z którymi zderzają się przy próbie zapisów do szkół, przedszkoli czy na zajęcia pozalekcyjne.
Z tej właśnie przyczyny wiele osób zarażonych wirusem HIV nie informuje otoczenia o swoim stanie zdrowia, co (tu element zaskoczenia) jest zgodne z prawem.

Wystarczy otworzyć jakiekolwiek forum dla matek by się przekonać, że nietolerancja i brak rzetelnej wiedzy o sposobach zarażenia wirusem, są przyczyną negatywnego nastawienia matek dzieci zdrowych do obecności zarażonego dziecka w przedszkolu. Również dyrekcja czy pracownicy przedszkoli nie do końca wiedzą jak zachować się w przypadku potencjalnego przyjęcia dziecka chorego. I niestety, najczęściej świadomi negatywnego podejścia innych rodziców odmawiają rodzicom zarażonego malucha przyjęcia dziecka do swojej placówki. Ponadto boją się odpowiedzialności związanej z opieką nad taką osobą.

Spójrzmy więc na argumenty. Osoby będące na NIE skupiają się głównie na tym, że HIV jest „chorobą”, którą można się zarazić (w przeciwieństwie do autyzmu, choroby DOWNA itd.). I to by było na tyle. Argumenty ZA to fakt, że zarażone dziecko bardzo często jest nauczone prawidłowych reakcji i postępowania w określonych sytuacjach (przy tej ‚chorobie’), nie ma powodu by dziecko karać odizolowaniem za fakt bycia zarażonym, wystarczy odrobina dobrej woli opiekunów by zadbać o to pożądane bezpieczeństwo
dzieci zdrowych.

W związku z tym, kolejny już raz, apeluję do rozsądku wszystkich rodziców przedszkolaków i nie tylko. Każde dziecko ma prawo funkcjonować społecznie wśród rówieśników. Wirusem HIV na pewno NIE ZARAZISZ SIĘ przez: przytulanie, jedzenie wspólnymi sztućcami i na tych samych talerzach, korzystaniem ze wspólnej toalety i zabawą. Aby ZARAZIĆ SIĘ wirusem potrzebny jest: niezabezpieczony stosunek seksualny, kontakt zakażonej krwi z błoną śluzową lub (a propo skaleczeń u dzieci) kontakt krwi z raną.

Tak więc drodzy rodzice, uczcie dzieci tolerancji, wyrozumiałości, a przede wszystkim rzetelnego zdobywania informacji i wyrabiania poglądów, nim wasze dziecko skaże kogoś na izolację za to, że jest jaki jest.

 

Kobieta do zadań specjalnych.

Standardowy

Jak już wspominałam jakiś czas temu, jestem na etapie szukania pracy. Dopływ gotóweczki z ZUS-u kończy się wraz z kwietniem, dlatego powoli zaczynam się martwić, jak to będzie zamiast kanapki z szyneczką jeść chleb posmarowany nożem. I nie żebym była dotąd jakaś rozrzutna (raczej starczało mi od pierwszego do ostatniego i to był mój sukces), jednak człowiek się do pewnych rzeczy przyzwyczaja. Poza tym, jako człowiek ambitny odczuwam pewnego rodzaju ironię losu, że mimo predyspozycji praca i ja ciągle nie możemy się odnaleźć.

Dotąd najczęściej aplikując na dane stanowisko przesyłałam swoje CV (które dodatkowo nieco unowocześniłam), czekając aż rekruterzy powaleni jego zawartością będą walić do mnie drzwiami i oknami. Oczywiście poniosła mnie wyobraźnia, ponieważ odzewu jak nie było tak nie ma. Stąd też pokusiłam się o napisanie dwóch rodzajów listów motywacyjnych, które zaczęłam dołączać do wysyłanego CV. O dziwo, moja elokwencja, bądź lekkie pióro sprawiły, że list motywacyjny przekonał aż dwie osoby (wow!) do zaproszenia mnie na rozmowę.

Nie ma się jednak z czego cieszyć, bo choć zdawało mi się że na obu spotkaniach wypadłam dobrze, to obie firmy podziękowały za współpracę jeszcze przed jej rozpoczęciem. Stąd też, między kolejnymi ogłoszeniami które przeglądam, zaczęłam się zastanawiać co jest nie tak. Mam przecież wiele różnych cech, które doskonale sprawdziłyby się na stanowiskach przeze mnie poszukiwanych.

Cechuję się kreatywnością. I nie mam na myśli tej wyuczonej przez cały czas mojej kariery zawodowej. Kreatywność to wrodzona cecha każdej matki. W moim przypadku to nawet konkretne przedsięwzięcia np.:”Jak wykonać wszystkie możliwe prace domowe w czasie półgodzinnej drzemki niemowlaka”, albo „Jak nie otruć własnego dziecka dając mu do jedzenia coś więcej niż pierś” lub jeszcze „Jak wychować dziecko, które ma tylko jeden kosz zabawek”. Innymi słowy: kreatywność to moje drugie imię. Może trzecie… albo czwarte, jeśli liczyć to z bierzmowania.

Nie mam również problemów z współpracą z ludźmi i jestem aż nadto komunikatywna. Abstrahując od moich umiejętności lingwistycznych, potrafię się dogadać z osobami niemymi, bełkoczącymi, czy mówiącymi w języku, którego za grosz nie rozumiem. Doskonale odczytuję potrzeby takich osób, wykazując się przy tym niemałą cierpliwością i zaangażowaniem. Praca z wymagającym klientem to mój chleb powszedni.

Jeśli pracodawca wymagałby ode mnie pełnej dyspozycyjności, to właściwie nie ma problemu. Jako matka i pani domu jestem tak dobrze zorganizowana, że nie tracę czasu na zbędne przyjemności (fejsik, kawusia czy puszczanie dymka), zaś od razu biorę się za realizowanie postawionych zadań. A ponieważ nie tracę czasu na głupoty, to z wykonaniem swojej roboty bez problemu wyrobię się w te 40 godzin od poniedziałku do piątku.

Mając na względzie również te cechy, których tu nie wymieniłam wychodzi na to, że nie powinnam sobie zawracać głowy szukaniem pracy biurowej, lecz od razu należałoby aplikować na stanowisko „Specjalisty od wszystkiego”. Sęk w tym, że nikt jeszcze takiego stanowiska nie stworzył, a na te które są dostępne na rynku pracy jakoś nie mogę się załapać.

wymogi do pracy

Śmiercionośne odchudzanie.

Standardowy

Lato się zbliża wielkimi krokami, więc bez problemu możemy zaobserwować dookoła masowe działania w kierunku stworzenia idealnej sylwetki przed wakacjami. Na fejsiku jest kilka akcji promujących błyskawiczne ‚robienie rzeźby’, by móc bez wstydu zaprezentować się na plaży. I choć nikt nie mówi o tym głośno, to jednak wiele osób masowo sięga po różnego rodzaju wspomagacze, mające poprawić metabolizm, spalić tłuszcz, etc. Każdy chce osiągnąć efekt, przy minimalnym wysiłku. Niestety niektórzy spalając tłuszczyk, wyłączają również myślenie.

Jakiś czas temu w mediach opisywano historię 21-letniej warszawianki, która dążąc do
idealnych wymiarów straciła życie. Wczoraj podobną historię młodej brytyjki usłyszałam w
wieczornych wiadomościach. W dobie dostępu do informacji, szerokiej wiedzy zawartej w sieci oraz dostępnych historiach tam opisanych, obie kobiety postanowiły pójść na skróty. Zamiast ciężkiej pracy nad swoim ciałem wybrały DNP (Dinitrophenol) – śmiercionośnie tabletki, które spalając tkankę tłuszczową ugotowały (dosłownie!) również narządy wewnętrzne.

O tym, że kobiety mają obsesję dotyczącą swojego wyglądu nie muszę nawet mówić. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia obu tych kobiet: młode, naprawdę zgrabne. Coś jednak popchnęło obie do zastosowania trucizny. Powiedziałabym „ludzie tak mają” – ciężka praca nas odpycha, chcemy natychmiastowych efektów bez najmniejszego zaangażowania z naszej strony, jesteśmy naiwni myśląc, że jakiekolwiek proszki zrobią wszystko za nas. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ignorancja – sądzimy że tabletki sprzedawane w sieci są pewne, sprawdzone i zamiast skonsultować swój wybór z lekarzem, kupujemy kota w worku.

Dlatego apeluję do wszystkich kobiet które się odchudzają: opamiętajcie się! Głowy na naszych karkach nie są tylko do ozdoby, ich zawartość (czyt. mózg) ma nam pomagać w życiu. Wystarczy być ostrożnym, pomyśleć o skutkach, zapytać lekarza (skoro już potrzebujemy wspomagaczy) albo chociażby odpalić internet. Nie myślcie sobie „jakoś to będzie” lub „mnie to się nie przydarzy”! Powiem więcej: bez pracy nie ma kołaczy!

I na koniec z własnego podwórka: robiąc „Skalpel” Ewy Chodakowskiej przez miesiąc, 4 razy w tygodniu, jedząc względnie przyzwoicie 4-5 razy dziennie (bez ‚super-diety-cud’), schudłam 2kg i straciłam 3cm w talii i 4cm w biodrach. O efekt wam chodzi? No to ruchy!

jak sie odchudzac