Macierzyństwo jest do kitu.

Standardowy

Kiedy dowiadujemy się o ciąży, zalewa nas fala sprzecznych emocji. Jest radość i niepewność. Przez 9 miesięcy zastanawiamy się, jak będzie wyglądało nasze życie, gdy pojawi się w nim dziecko.I choć po cichu marzymy o spokoju i życiu, w którym nic się nie zmieni, to po narodzinach natychmiast dostajemy od życia w twarz. Tak na otrzeźwienie. Mimo to, przez pierwszych kilka miesięcy żyjemy w ciągłej euforii, to kiedy dochodzimy w końcu do siebie, rzeczywistość nieco brzydnie.

Wtedy już wiemy, że wszelkie cukierkowe opowieści o życiu z małym człowiekiem to stek bzdur i wyssanych z palca bajek, a matki które z zachwytem opowiadają o postępach  dziecka, o zupkach, kupkach i ząbkach – są na bank niespełna rozumu. Nasze życie po narodzinach się zmienia, by nie powiedzieć, że jest zupełnie inne i każdy kto twierdzi inaczej łże jak pies. Z czego tu się cieszyć?

Przez pierwsze kilka miesięcy, zwłaszcza gdy karmimy piersią, nie ma mowy o żadnym wyjściu na miasto. Nawet do spożywczaka na dole ciężko jest się wyrwać, bo albo co i rusz jest potrzeba wystawienia cyca na wierzch albo, nieco starsze już dziecko, usidla nas swoim nieokiełznanym lękiem separacyjnym. Matka jest lekiem na całe zło, na nudę, na smutki, jest potrzebna do życia jak tlen do oddychania. Ale jakby nie patrzeć, w pewnym momencie ograniczone przez swoje X metrów kwadratowych zaczynamy dostawać świra.

Nawet jeśli jakimś cudem uda nam się wyrwać ze szponów macierzyństwa i pójść z koleżanką na upragnioną kawę czy zakupy, nasza psychika natychmiast głupieje. Mijając jakiekolwiek inne kobiety z każdym kolejnym krokiem nasza pewność siebie ucieka. Wciąż mamy za dużo kilogramów, za szeroką pupę i brzuch zbyt sterczący. A do tego płaszcz/kurtkę/spodnie zprzed trzech sezonów i już dawno niemodną. Ale każda myśl o zakupie fajnego (i przy okazji drogiego) ciuszka jest torpedowana przez uciążliwe myśli o tym, że dziecko powoli wyrasta z bodziaków, a i śpiochy robią się za ciasne. Nie ma więc wyjścia – potrzeby dziecka muszą być na pierwszym miejscu. Co by nie było, poziom frustracji się podnosi.

Również wyjścia do knajp/restauracji pozostają tylko w sferze marzeń. Bo jak tu z niemowlakiem przyjść do restauracji, skoro dziecię w pieluchy robi i jest duża szansa, że może obrzydzić kolację nie tylko ludziom wokół ale i samym rodzicom. Bo kto normalny ma ochotę uwijać się z gównem, gdy na stole homar?
A jeszcze potem ewentualnie od obcych ludzi wysłuchiwać, że chamka i prostaczka z bachorem na salony i gołą dupą dziecka świeci i ludzi obrzydza. W końcu nie ma nic gorszego niż goły tyłek. No i też nie ma już o czym z ludźmi rozmawiać, niż tyłki, kupy i żałosność sytuacji. A i koszty takiej wizyty niemałe,
zwłaszcza gdy budżet przewiduje gerberki.

Macierzyństwo też nam ogranicza kontakty międzyludzkie. U naszych znajomych, którzy mają niemałe obawy przed wizytą w domu z niemowlakiem, zanikają umiejętności prowadzenia rozmowy. Pytania skupiają się tylko na dziecku i niełatwej sytuacji świeżo upieczonych rodziców. Jakby nie patrzeć znów kupki, zupki, pieluchy i ząbki. I choćbyś chciał człowieku usłyszeć cokolwiek innego, porozmawiać o polityce, życiu towarzyskim… Ach sorry, jesteś matką więc zapewne nie masz życia towarzyskiego. Nie ma o czym gadać. I można tak wymieniać jeszcze w nieskończoność i udowadniać, że macierzyństwo jest do kitu. Nie masz czasu, nie masz potrzeb, nie masz siebie – wszystko poświęcasz dla małego człowieka.

Spieszę wyjaśnić, że nie próbuję nikomu obrzydzić bycia rodzicem. Pokazuję tylko zmiany, widziane oczami maruderów i pesymistów. Bycie rodzicem czy tylko bycie matką – wymaga wielu wyrzeczeń. Ale każda matka wie też, że te wyrzeczenia są w cudowny sposób rekompensowane. A żeby przeżyć te wszystkie macierzyńskie „niedogodności” trzeba się tylko trochę przewartościować.

62 przemyślenia na temat “Macierzyństwo jest do kitu.

  1. Dla mnie pierwsze 3 miesiące życia mojej córki były ciężkie. Kocham dzieci, ale chyba mnie to przerosło. Dobre 5 miesięcy zajęło mi wejście w rytm macierzyństwa. Teraz ma 8 miesięcy i nie chcę, żeby tak szybko rosła bo zdaję sobie sprawę jak ten czas szybko leci.
    Po za tym zawsze mówię, że poświęcamy się dla tych małych istot, a po 15 latach ich życia usłyszymy jak bardzo nas nienawidzą. :)
    Pozdrawiam

    • ~t.vik

      Wcale tak nie musi być. Dużo zależy od Was – Rodziców czy to usłyszycie, czy też nie. A nawet jeśli, to przecież to nieprawda.
      Znam rodziny mające dorosłe dzieci, które to nigdy czegoś takiego by nie powiedziały, bo nigdy nie poczuły choćby odrobiny nienawiści do rodziców, którzy są dla nich nie tylko rodzicami, ale też przyjaciółmi. Nie jest łatwo być rodzicem nastolatka – znam to z własnego doświadczenia, ale poświęcanie dziecku uwagi od chwili jego przyjścia na świat buduje silną więź i nie daje miejsca na wypowiedzi świadczące o braku miłości, czy szacunku.

  2. ~ciotka klotka

    Same zrobiłyśmy z macierzyństwa cyrk, popadając z jednej skrajności w drugą. Albo sam lukier i fanfary, albo dramat i wyrzeczenia. Tymczasem macierzyństwo jest po prostu takie, jak życie. Jak wiadomo w życiu piękne są tylko chwile, podobnie w macierzyństwie i tak samo jak dla tych pięknych chwil warto żyć, tak dla tych pięknych chwil warto być matką. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie nas przekonywał, że lepiej odpuścić sobie życie, bo to ciężka praca, choroby, rozczarowania, niepokoje itp. Podobnie jest z macierzyństwem. Jest po prostu częścią życia i tak właśnie należy je traktować. Wtedy unikniemy zarówno rozczarowań, jak i zbędnych lęków. Pozdrawiam wszystkich i życzę radości z życia;)

  3. ~animka139

    Nie odniosę się do dnia młodej mamy, bo sama dzieci nie mam i ne będę się wymądrzać na tematy, których nie znam z autopsji, a jedynie z opowieści.
    Ale co do znikających znajomych to już mogę się wypowiedzieć. Sporo moich znajomych ma już dzieci i faktem jest, że trzymają się w gronie dzieciatych. Niestety sami odcinają się od pozostałych. A szkoda:(
    Jeszcze pół biedy kiedy jest tylko jedna mama. Gorzej kiedy się trafią dwie, trzy itd. Zaczynają się wspomnienia z porodu, opowieści o tym który malec, w której dobie ile razy zrobił kupę, jaką zupkę lubi i gdzie kupić tanie pieluchy.
    A co ma robić ten niedzieciaty?! Ileż można słuchać o tym?!
    Wierzę, że nie macie czasu śledzić nowości wydawniczych czy kinowych. Ale można pogadać o czymkolwiek innym, a nie całą rozmowę dominować własnymi dziećmi. I to nie jest tak, że jak wam się wydaje, że tego nie robicie to faktycznie tak jest.
    Tak z moich obserwacji wynika, że faceci zachowują dłużej znajomości bo właśnie nie raczą kumpli takimi opowieściami.
    I to nie jest tak, że osoby, które nie mają dzieci nie chcą się z wami spotkać. Ale zrozumcie też je. Jeśli umawiacie się u siebie w domu nie przewijaj malucha na forum, bo nie każdy lubi widok i zapach dziecięcej kupy. Jeśli dziecko zaczyna płakać pozwól ojcu podejść, sprawdzić pieluchę itd. Nie przerywaj od razu rozmowy z koleżanką i nie leć próbując na trasie kuchnia pokój wyjąć pierś. My na prawdę rozumiemy, ze głodne dziecko trzeba nakarmić, ale już spragnione przytulania może obsłużyć w tej kwestii tata.
    Piszesz, że znajomi tylko o dziecku chcą rozmawiać. Uwierz, że nie robią tego ze złej woli, ale sami dajecie znać co was interesuje i sami narzucacie tory dalszej rozmowy.
    Podam przykład mojej znajomej, która na spotkaniu u niej w domu na początku weszła do pokoju z córką na ręku i obwieściła mniej więcej tak: A teraz kochane ciocie napatrzeć się, bo przez najbliższe dwie godziny ani słowa o tej księżniczce. I faktycznie były ploty jak za starych czasów kto z kim, po co i dlaczego.

  4. ~renia

    Hey, co tam okres niemowlecy. ITo mickey mouse w porownaniu z tym co was czeka jak dziecko wejdzie w okres nastoletni. male dziecko, maly klopot, duze dziecko duzy klopot. wierzcie mi.

  5. ~Maria

    Drogie Kobitki.. Miałam tylko jedno dziecko..Moja córka nagle zmarła w zeszłym roku mając niespełna 14 lat. Nie macie pojęcia o czym mówicie. Doceńcie każdą chwilę ze swoim dzieckiem, mówcie o tych zupkach i kupkach bo ja w tej chwili to ciepło wspominam… i tylko tyle mogę .. Każda kobieta przechodzi przez to samo – nieprzespane noce, brak czasu dla siebie, brak rozrywek no i te zupki, kupki i katarki… Chętnie przeszłabym przez to wszystko jeszcze nie jeden raz.. byle tylko móc ..

    • Masz zupełną rację, trzeba łapać każdą możliwą chwilę, każdy kawałek szczęścia. Ale czy zrozumieją to ci, którzy nie mają prawdziwych problemów? Ci, których nie spotkało coś tak nieodwracalnego i tragicznego jak śmierć dziecka?

      Nie ma słów, które mogłyby w jakiś sposób pokrzepić. Powiem tylko, że współczuję…

  6. ~goszka

    A ja myślę sobie tak….
    Dawno, ale to naprawdę dawno nie słyszałam, żeby się ktoś macierzyństwem zachwycał. Śmiem nawet rzec, że najczęściej jeśli rodzice (nie możemy zapominać o tatusiach) chwalą sobie stan „po”, to są uważani za co najmniej konfabulantów i traktowani z przymrużeniem oka. To przedstawiciele właśnie tego słodko-pierdzącego gatunku są w mniejszości, a nie „narzekacze”. Z każdej sytuacji natomiast jest przy najmniej kilka wyjść. Sami/same jesteśmy odpowiedzialne za to, jak będzie wyglądała nasza przygoda z małym „D”.
    Moja recepta na opisane „kłopoty”:
    1) Jeśli karmicie piersią – odciąganie i dokarmianie strzykawką przez tatusia lub inną bliską osobę (jeśli dziecko nie umie ssać z butelki, to jest najlepsza opcja – tak noworodki są dokarmiane w szpitalach)
    2) Po co do razu wydawać kasę na nowe rzeczy dla malucha i tak za chwilę wyrośnie – jeśli nie dostaniemy ubranek po kimś, to od czego są ciuchlandy (mogę polecić kilka fantastycznych w Lublinie)
    3) Wyjście z przyjaciółką – zostawiam dziecko z tatą – jemu też się należy trochę płaczu (to a’propos lęku separacyjnego) lub z mamą, bo tak się jakoś składa, że dzieciaki lepiej reagują na kod genetyczny mamusi:)
    4) Dziecko w restauracji – większość mam wie, w jakich okolicznościach ich „D” może pochwalić się numerem 2, więc skąd obawy o konieczność przebrania dziecka w restauracji. Poza tym, 30 minut w śmierdzącym zagajniku jeszcze nikogo nie zabiło:)
    5) Rozmowy ze znajomymi – jeśli nie macie nic do powiedzenia poza kupka, zupką i bajeczką, to zadawajcie pytania o życie innych – każdy lubi mówić przede wszystkim o sobie, więc znajomi tym chętniej będą chcieli z Wami gadać.

    I na koniec – śmiejcie się z partnerem z tego, że czasem macie ochotę krzyknąć – Śpij kufa wreszcie – bo dziecko dorasta tylko raz:)

  7. ~gośka

    no to ja JESTEM SAMOLUBNĄ MALKONTENTKĄ.
    Moje wczesne macierzyństwo wspominam jak koszmar………… Może dlatego, że właśnie nie potrafiłam przestawić swojego życia i podejścia do życia, nie potrafiłam się do końca przewartościować. Nie mogę i nie potrafię zrezygnować z siebie, ze zswoich pasji, nie potrafię się tak w pełni poświęcić.
    A może dlatego, że wszyscy ode mnie tylko WYMAGALI. Nic nie dawali tylko wymagali. Nie będę opisywać szczegółów, ale zostałam sama, bez wsparcia, pomocy i nawet dobrego słowa. Tak potoczyło się życie.
    Owszem, moje dzieci są dla mnie ważne, ale nie najważniejsze.
    Teraz moje dzieci są już duże, za ich dzieciństwa (takie były czasy) żadna matka nie przyznałaby się do uczuć, które opisujesz. A ja je miałam. I czułam się z tego powodu jeszcze gorzej sfrustrowana. Nikt nam nie mówił, że istnieje depresja poporodowa, nikt nas (przynajmniej mnie) nie wspierał. Nie tylko w trudach opieki, ale przede wszystkim psychicznie.
    Nigdy nie lubiłam rozmawiać o kupkach i zupkach, śpioszkach, ząbeczkach, paluszeczkach, buziuni i to we wszystkich możliwych zdrobnieniach…….. brrrr…… To nie mój świat.
    Nie lubiłam dzieci. Swoje kocham, ale ich nie lubię. Obce ledwo toleruję, denerwują mnie. Najlepiej niech będą daleko ode mnie.

    • ~Maria

      To po co decydowałaś się na dzieci ? Rozumu nie miałaś ? Aż taka głupia byłaś ? Skoro tak tego nie lubisz to po co się w to pakowałaś, trzeba było oddać komuś, kto pokochał by te dzieciaczki a nie ,,męczyć,, się i teraz użalać i wypisywać takie bzdury. Kochasz siebie i tylko siebie skoro uważasz, że dzieci nie są najważniejsze. Co z Ciebie za matka ?

      • ~kaka

        a ja też mam dziecko i też nie jest ono dla mnie najważniejsze. czuje dokładnie to co ~gośka, nie znoszę obcych dzieci. swoje to co innego, nikomu w życiu bym nie oddała i kocham, ale szczęśliwa czuje się dopiero realizując samą siebie poprzez pasje, prace zawodową, naukę. w domu się męczę. kompletnie nie rozumiem ~Maria.

      • ~gośka

        widzisz, decydując się na dzieci miałam nadzieję, że będzie wspaniale, macierzyństwo piękne, jak z reklamy, dzieci grzeczne ………… jak z reklamy, tatuś i rodzina pomocni……….. jak z reklamy. Życie potoczyło mi się inaczej. Rzeczywistość okazała się inna.
        Szkoda, że nie umiesz czytać „między wierszami”.
        A myślę, że i matka ze mnie nie najgorsza. Poświęcam swoim dzieciom tyle czasu i energii ile potrzebują, wiedzą, że je kocham, ale również wiedzą, że z pewnych rzeczy nie powinno się rezygnować dla kogoś, nie powinno się poświęcać dla kogoś w całości.
        Może jak były małe nie odczuwałam pełni szczęścia z macierzyństwa właśnie dlatego, że poświęcałam im się w całości, a tak naprawdę tego nie lubiłam.
        Przykry ten twój wpis………..

  8. Ze mną koleżanka zerwała kontakt po narodzinach dziecka(jej dziecka), bo stwierdziła, że teraz ją bardziej ciągnie do innych kobiet z dziećmi. Choć zawsze starałam się jej wysłuchać to wiadomo,że nie będę na siłę robić z siebie eksperta od pampersów jak jeszcze nie mam dzieci. Przykre to, ale czasami matki same sobie węzeł na szyję zakładają.

    • Agni

      Czasem tak, jednak z opowieści wiem, że to najczęściej znajomi odczuwają lęk przed spotkaniem z przyjaciółmi – rodzicami.

  9. ~ewa

    A moim zdaniem trochę przesadzasz. Fakt, nie jest różowo i fakt, ze często siedzi sie w domu tonąc w pieluchach. Ale nie zgodzę się z tym, że karmienie piersią uniemożliwia wychodzenie z domu. Ja jak miałam potrzebę to ściągałam mleko do butelki i lądowała w lodówce. Mąż podgrzewał jak trzeba było nakarmić a ja mogłam wyjść. Co do restauracji, to akurat nie chodzimy więc tego problemu nie mam, ale nikt nie każe przewijać dziecka przy stole. W większości tego typu miejsc są już przewijaki w łazience. A nawet jeśli nie ma to zawsze można zapytać obsługę, czy gdzieś mogłabyś w ustronnym miejscu przewinąć dziecko (to akurat wiem od znajomej, która bardzo często chodzi po tego typu miejscach z małym dzieckiem i mówiła że w 99% sytuacji nie ma problemu ze znalezieniem miejsca do przewinięcia dziecka.) A co do znajomych, to właśnie wtedy okazuje się kto jest faktycznie Twoim przyjacielem a kto po prostu znajomym. Więc masz odsiew :) Rozmów o kupkach i zupkach sama nie lubię.

    Dla mnie chyba najbardziej denerwującym aspektem macierzyństwa (i pisze jako mama, która jest na urlopie wychowawczym, wiec już 2,5 roku w domu) było wpadnięcie w taki mały kieracik. Każdy dzień wygląda prawie identycznie. O tych samych porach dziecko je, śpi, bawi się, o tych samych porach chodzisz się myć, chodzisz do toalety, chodzisz na spacer itp. Mnie to najbardziej denerwuje. Dni mijają a ja sie czuję jak w tym filmie „Dzień Świstaka”. Mnie to najbardziej doprowadza do irytacji i frustracji.

    • Agni

      Ależ skąd, wcale nie uważam że to przesada, a historie z życia wzięte. Tak jak już pisałam – moje macierzyństwo jest bardzo dobre i choć chwilami coś mnie irytuje to nie podpisuję się pod tym tekstem jako matka „maruderka”. Wręcz przeciwnie :)

      • ~ewa

        Mea culpa :) Faktycznie umknął mi ostatni akapit, a przynajmniej to zdanie o maruderach :) Fakt, że sa ludzie wiecznie narzekający, ze się nie da, ze jak jest dziecko to już chyba do 18-stki trzeba siedzieć w domu i nie wychodzić itp. Prawda jest taka, że da się, tylko trzeba odrobinkę więcej wysiłku, niż nie mając dziecka. Mnie się wydaje, że te wszystkie marudzące osoby są zazwyczaj z tych co to lubia się nad soba poużalać aby im każdy współczuł i myslał sobie jaka to dzielna kobieta, bo tyle przeciwnosci losu a ona daje radę ;)

        • ~gośka

          oo rany jak mnie wkurzają tacy ludzie, sorry: bez wyobraźni. To trochę pomogę: jesteś z dwójką dzieci SAMA. Jedno w wieku „zerówkowym”, drugie kilkumiesięczne. To starsze trzeba codziennie zaprowadzić i przyprowadzić do szkoły, bo szkoła daleko i przez ulicę trzeba przejść, akurat młodsze jest chore. Mama nie żyje, teściowa, jak to często bywa „wypięła się”, mąż pracuje za granicą, niedawno się przeprowadziłaś i nie znasz sąsiadów. Nie masz znajomych w okolicy, nie masz kogo poprosić o pomoc. Fajnie nie? Wyobraźnia działa?
          Wiesz, że czasami nie miał mi kto chleba kupić? A jak wybebeszyli samochód, to mi sąsiad powiedział, że już 4 dni stoi z otwartymi drzwiami.
          Nigdy nie byłam osobą, która lubi się nad sobą użalać, zawsze sobie radziłam sama ze wszystkimi przeciwnościami losu. Ale po pół roku takiego życia ma się dość. I DAŁAM RADĘ.

          • ~ewa

            Ok wiem, że są i takie przypadki. Ale z rozmów ze znajomymi mamami to właśnie te co mają najwięcej pomocy, jednocześnie najbardziej narzekają. Podam przykład. Moja szwagierka. Jej mąż gotuje i sprząta bo to lubi (ponoć), mają jedno dziecko, które chodzi do przedszkola i mimo wszystko przynajmniej 3 razy w tygodniu po przedszkolu lub w weekend ląduje u babci bo ona musi odpocząć od dziecka. Jej córka zaczęła przesypiać noce jak miała 3 miesiące. Wcześniej budziła sie tylko raz w nocy ale moja szwagierka i tak uważa że miała gorzej niż ja (mój synek budził się po 3-4 razy w nocy do ukończenia 1,5 roku) bo według niej ja powinnam być już przyzwyczajona a ona biedna po tej jednej pobudce była jak zombi (jej słowa). To tylko przykład, bo takiego narzekania jak to ona ma przerąbane to ja słucham przy każdej okazji i tylko w duchu śmiać mi się chce, że ona nawet nie wie jak faktycznie mają inni i nie narzekają. A te co mają faktycznie pod górkę (tak jak w Twoim opisie) zazwyczaj zaciskają zęby, siedzą cicho i robią co mogą. Nie jest tak?

  10. ~dor.baj

    Zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy osoby, która nie ma dzieci. Odnoszę wrażenie, że mamy potrafią rozmawiać tylko o dzieciach, o tych zupach, a o kupach to w szczególności ( zielonych, brązowych, twardych, rzadkich) i o niczym więcej. Najgorsze jest to, że takiej mamy nie da się za żadne skarby świata odciągnąć o tematu. Gdy studiowałam, to czasami zajmowałam się moją siostrzenicą i naprawdę na placu zabaw nie było innych tematów. Dzień w dzień i godzinami o tym samym.
    Jeśli uraziłam którąś z mam, to przepraszam. Może jest tak, że ja po prostu tego nie rozumiem, ale naprawdę jest to męczące.

    • passionatka

      To fakt – mnie odkąd ktoś spotka a wie, że mam małe dziecko od razu zasypuje pytaniami – a jak Mały, a śpi Ci, a karmisz jeszcze, a kolki… Nie po to wychodzę do ludzi, żeby dalej tylko wkoło Macieju – to już wolę o pogodzie :)

  11. ~Luiza

    Rozumiem, że to opowieść oczami pesymistki, ale żyjącej w konkretnych realiach. Gdybym ja się wcieliła w rolę osoby narzekającej, moje żale (jako młodej stażem matki) byłyby zupełnie inne. Po pierwsze ciąża – o Boże! jak w ogóle udało się przejść przez ten koszmar. Pojawienie się dziecka na świecie – ulga. Mimo że mało snu, mało i kiepskiej jakości… I już „chwilę” później to uczucie kiedy w pracy tęsknisz do dziecka, a siedząc z dzieckiem tęsknisz żeby już wyjść do pracy. Dziecko jest czasem upierdliwe, jak to dziecko. Najtrudniejszy okres to jak zacznie chodzić i trzeba za nim latać, bo „nogi niosą, a w głowie pusto” – czyli drugi rok życia. Więcej minusów nie miałam i nie mam. W ogóle to dla mnie wraz z pojawieniem się dziecka pojawił się jakiś mega kop energetyczny i ogólne poczucie szczęścia.
    Nie miałam problemów z umierającym życiem towarzyskim, zabieraliśmy niemowlę do restauracji, schudłam szybko, pieniędzy też wystarczało dla wszystkich członków rodziny, no i wróciłam do pracy.

    Dzięki takim pesymistycznym tekstom nastawiałam się negatywnie do macierzyństwa i może dlatego zaskoczyło mnie pozytywnie – nie było tak strasznie. Tylko ta ciąża… ale może mój kręgosłup był już za stary na takie eksperymenty.

  12. ~ivy197

    To ja jestem niespełna rozumu. Po dwóch miesiącach walki o życie i zdrowie upragnionego dziecka marzyłam, żeby czas zatrzymał się w miejscu a ona, żeby taka mała była cały czas. Teraz, kiedy ma już dwa lata marzę tylko o następnym, uzależnionym ode mnie brzdącu, jego kupkach i zupkach. I żeby ten rok tylko z nimi i w domu…

  13. ~Anty

    Dziecko to największa kara i męka. Zabiera kobiecie zdrowie, pieniądze i życie. Rujnuje wszystko. Lepiej przez życie przejść w spokoju i zdrowiu, a nie pakować się w ten syf. A idiotki, które mają bachory, niech toną w łzach, że mają rozstępy i nadwagę, że od wielu miesięcy nie przespaly normalnie nocy. Haha.

    • Agni

      Widać,że czytanie ze zrozumieniem to nie twoja domena, a do tego widzę chyba poczucie odrzucenia, bycia niechcianym ‚bachorem’ – stąd tyle jadu i takie słownictwo.

      • ~Anty

        Ty jesteś głupia jak wszystkie rozplodowe krowy. Wysranie bekarta uważasz za osiągnięcie życia, haha. A skąd wiesz, że jestem odrzucona? Wiesz tyle, ile sobie wymyślisz, haha.
        Właśnie dzięki takiemu podejściu moje życie jest spokojne i ułożone. Śpię spokojnie, żaden bekart nie wyje w nocy.

        • ~Agni

          Widzę że jednak problem jest poważniejszy. Po co tu zaglądasz skoro temat dzieci cie odrzuca? Dyskusja na takim poziomie nie ma sensu. Śpij spokojnie, zobaczymy jak długo.

        • A Ty jesteś mądra? Zaglądasz na blogi ludzi cieszących się rodzicielstwem i krytykujesz ich, wręcz mieszasz z błotem w niespotykanie obelżywy sposób – to jest mądre? A wiesz, że za takie wypowiedzi kiedyś możesz trafić do sądu? Myślisz, że jak jesteś anonimowa, to nikt Cię nie namierzy? Nawet nie wiesz jak dokładnie można kogoś namierzyć na własną rękę znając jedynie adres IP, a dla Policji nie jest to żaden problem, więc się ogarnij i daj sobie wreszcie spokój z nękaniem ludzi, i nie licz na opieszałość Policji. Nigdy nie wiesz na kogo trafisz, a wtedy będziesz gorzko żałować.

        • ~małpaela

          Droga anty. Zastanawiam się, po co Cię ta rozpłodowa krowa Mama wysrała. Powinna była wyskrobać.
          Kotku wysrany, gdybyś miała ułożone i spokojne życie, nie buszowałabyś na macierzyńskich blogach. Mało tego, gdyby Cię ta krowa wychowała i wysłała do przyzwoitej szkoły, to byłabyś kreatywna i tworzyłabyś nowe teksty. Tę rozpłodową krowę i wysranie bękarta czytam po raz n-ty. Nudne.
          Zajmij się lepiej ortografią. Nad stylem też popracuj. Język polski jest naprawdę bogaty w słownictwo. A Tyś ubożuchna, nie tylko językowo…

        • ~Marycha

          No i zanim ukazał się mój komentarz, wyszło szydło z worka, a raczej wylało się szambo, a ponieważ kindersztuby zero, odporności na naukę 100% – dzieci się nie wysrywa, rejony podobne, a jednak prawie czyni wielką różnicę, i i używanie tylko Ctrl c, Ctrl v, o czymś świadczy – może to taki fetysz, czego nie wzięli moi przedmówcy pod uwagę. I to popadanie ze skrajności w skrajność – od bycia prawie miłym, do bycia – nie w języku ludzi dobrze wychowanych nie ma nieobelżywego określenia na takie zachowanie

    • ~Marycha

      Rany, ale nudny jesteś z tym kopiowanym na każdy blog macierzyński tekstem. Tylko na zmianę nicka cię stać? Słowa idiotka i bachory są obraźliwe. Do niedawna byłeś/byłaś bardziej wulgarny/a. A jeśli o ambitnych działaniach policji mowa, to jaka jest twoja ambicja, że latasz po forach, wklejając te same teksty – bo masz prawo komentować… Prawo masz, tylko z wychowaniem nadal – po tylu miesiącach nie jest najlepiej… To chyba jakaś idee fixe.

  14. ~Gaja

    jak widać matce potrzebne jest wsparcie… kiedyś tabuny mamek, niań, bon, sąsiadek, sióstr, kuzynek, babć, mam i innych krewnych płci żeńskiej, wspierały w takiej sytuacji… teraz… z problemem zostajesz sama…

  15. Dobrze napisane w szczególności jeśli chodzi o znikajacych znajomych.Co do restauracji ,akurat nie mam problemu bo zabieramy mala ze sobą gdzie tylko sie da ale niekiedy widać , że niektórych ludzi dziecko irytuje.Natomiast jeśli chodzi o wychodzenie na miasto to ja akurat mam tak że myślę o tym cały tydzień a gdy przyjdzie co do czego zmieniam zdanie mówiąc że już mi sie nie chce :) i gdzie tu logika haha :-D to prawda bycie mama bywa frustrujace :-D

    • ~Chaos

      A już myślałam, że ze mną coś nie tak, że tylko ja tak mam :)
      Naprawdę chciałam gdzieś wyjść, rozerwać się. A jak co do czego – to najlepiej odpoczywałam… w domu. Zauważyłam, iż i psychicznie, i fizycznie lepiej dla mnie było nie wtedy, gdy JA wyszłam, ale jak ktoś… zabrał dzieci na parę godzin. Błogie uczucie – wszystkie własne katy do własnej, niczym nie zmąconej dyspozycji :)))))

  16. ~pozytywniezaintrygowana

    Fajny temat poruszony. Co mama to inna historia i inne różowe i czarne scenariusze. Ja jestem mama dwóch pociech i z chęcią postarałabym się o więcej, ale..

  17. Jak mnie denerwują matki, które zapytane o to jak sobie radzą, zawsze mówią, że świetnie, dzieci grzeczne, zdrowe, ładnie jedzą, nie bałaganią, od porodu przesypiają całe noce, nie bałaganią, a mama ma czas dla siebie właściwie przez cały dzień. Denerwują mnie bo kłamią! Osobiście jestem bardzo zadowolona ze swojego macierzyństwa ale to nie znaczy, że jest idealnie. Czasem mam ochotę ugotować coś „droższego”, zaglądam do portfela i rezygnuję bo wiem, że zaraz dziecko zażąda jogurtu na deser. Czasem ledwo zamknę oczy w nadziei na sen, a już nad głową mam córkę, która obudziła się tylko dlatego, że poczuła potrzebę przytulania! Czasami zaplanuję chwilę relaksu przy kawie i ulubionym serialu, a okazuje się, że moje dziecko ma zupełnie inne plany i nie zamierza zająć się sobą. Zdarza się, że od rana szoruję wszystkie meble, odkurzam i piorę, córka wraca z przedszkola i przewraca dom do góry nogami. Cieszę się, że są wśród nas szczere matki, które nie boją się narzekać, po to by na końcu napisać, że wszystko mają wynagradzane miłością i obecnością małego ludzika! Sama czasem ponarzekam ale mimo wszystko nie zamieniłabym swojego matczynego życia na żadne inne! Choć wiem, że już do końca życia będę się martwić, starać, kochać, troszczyć! :)

    • Moje dziecko prawie od początku przesypiało całe noce (co radości mi nie sprawiało, bo było spowodowane tym, że było ogromnym niejadkiem, przez co m.in. przegrałam walkę z cycem, no i przez chorobę małej w szpitalu po pierwszej dobie), mam dużo czasu dla siebie, bo mój mąż jest moim partnerem, a poza tym pracujemy oboje, więc nie mogę tylko ja zajmować się domem i dzieckiem. Sporo spotykam się ze znajomymi zarówno z dziećmi są te spotkania, jak i bez. A moja najlepsza przyjaciółka, z którą znamy się od ponad 25 lat jest bezdzietna i też jakoś się dogadujemy, nasza przyjaźń nie padła, gdy urodziłam dziecko. I nie, nie narzekam. Nie wszystko jest idealne, moje dziecko jest żywiołem z charakteru, a do aniołka jej wiele brakuje, ale ogółem mało rzeczy związanych z macierzyństwem widzę w czarnych barwach za co przy jednej z notek o podobnej tematyce wiele osób oskarżyło mnie o kłamstwo. Chyba wszystko zależy od podejścia, a Polacy już tak maja, że lubią narzekać na wszystko. Mąż nie taki, dziecko rozrabiające, pensja za mała, dupa za wielka – najczęstsze problemy kobiet :P Naprawdę szczęście leży w nas samych, tylko trzeba umieć je dostrzec.

  18. Już się przeraziłam czytając to, że naprawdę tak myślisz :P
    Ostatnio jedna z moich ulubionych blogerek parentingowych napisała odpowiednią notkę do osób, które w ten sposób myślą:
    http://www.mamwatpliwosc.pl/problematyczni-rodzice/
    Nic dodać, nic ująć. Ja również nie widzę macierzyństwa jako wyrzeczenia. A o dziwo życie towarzyskie bardziej mi się rozwinęło odkąd jestem matką niż w czasach gdy goniłam ślepo za karierą ;)

  19. Zawsze byłam optymistką i mimo że przy dziecku mam dużo pracy, nieraz jestem bardzo zmęczona. Z chęcią bym tym wszystkim walneła i uciekła gdzieś daleko, to nie uważam ze macierzyństwo jest do kitu… Jest trudne, wymaga poświęceń… Ale ma pełno swoich uroków. między innymi bezwarunkową miłość dziecka :)

  20. To, że znajomi odwiedzając młodych rodziców mówią o dzieciach nie jest niczym złym, po prostu starają się okazać zainteresowanie i wychodzą z założenia, że dla świeżo upieczonego rodzica to właśnie dziecko jest najważniejsze.

  21. Mam jedno pytanie:
    kto miał pierwszych kilka miesięcy w euforii?
    Bo ja jakoś sobie euforii nie przypominam, początek macierzyństwa był dla mnie straszny i dopiero po latach zaczynam mieć prawdziwą pociechę z dziecka, co jednak nie sprawiło, bym zechciała dorobić mu rodzeństwa. Być może jestem wstrętną i okropną egoistka ale nigdy więcej już nikomu nie oddam swojego życia tak jak wtedy.

    • ~go

      Ja miałam euforię. Moja ciąża nie była jakaś mega-trudna; pracowałąm do końca 8 miesiąca, ale przez całą ciążę czułam znaczne osłabienie – brak sił. Po 9 miesiącach przyszedł poród, a zaraz po nim euforia: „To człowiek w ogóle może się czuć tak dobrze?!” No i mimo, że dziecko przez pierwsze 3 miesiące zajmowało non stop obie ręce i 100% uwagi, to cieszyłam się, bo wreszcie czułam się silna i że mogę wszystko. Pozdrawiam!

    • ~mag

      Miałam dokładnie to samo! Prawdziwą radość z macierzyństwa poczułam jak synek skończył rok i było coraz lepiej. Ale za nic nie dam sobie zrobić drugiego. Mój syn ma już 7 lat chodzi do szkoły.

  22. Moim zdaniem już w podstawówce na lekcjach przygotowujących do życia w rodzinie powinno się o tym dużo mówić, żeby młodzież przygotować na realia rodzicielskie. Szok poporodowy, baby blues i inne podobne tematy powinny być dostatecznie przemaglowane, a każdy uczeń (nie tylko uczennica) powinien na pewien czas (tydzień – dwa…) dostać do domu lalkę – niemowlaka, która by krzykiem przypominała o karmieniu, przewijaniu, potrzebie bliskości itd… którą trzeba by było nosić wszędzie ze sobą. Po takiej praktyce lalkę podłączałoby się do komputera i nauczyciel miałby wgląd w historię opieki, na podstawie której możnaby wystawiać oceny i czerpać materiał do dyskusji. Może dzięki odpowiedniemu rozpowszechnieniu takich lekcji byłoby w społeczeństwie mniej nieszczęśliwych rodziców.

    Fajny wpis, a najfajniejszy ostatni akapit ;)
    Pozdrawiam.

    • ~Anty

      Myślę, że policja ma ambitniejsze zajęcia niż czytanie komentarzy na jakimś blogu i szukanie osoby, która wg kogoś wyraziła się niestosownie. Ja nikomu nie grożę i nie wyzywam. Wypowiadam się, bo od tego jest możliwość napisania komentarza. Jak autorce nie pasuje ich treść, może zablokować możliwość komentowania lub usunąć dany komentarz.

      • ~t.vik

        Zadaniem Policji nie jest wyszukiwanie, ani czytanie tego, co ktoś napisał na necie, ale przyjęcie zgłoszenia o naruszeniu czyjejś godności już tak, a po przyjęciu zgłoszenia wszczęcie śledztwa, albo umorzenie, co niestety w Polsce często jest po prostu kwestią tego, czy osoba zgłaszająca ma jakiś prestiż w społeczeństwie. Ale z biegiem lat po wejściu do Unii to się zmienia i czasem jest tylko kwestią uporu osoby zgłaszającej i wyszukania odpowiednich paragrafów. Zresztą można powiedzieć, że obraziłaś grupę, a na to też są paragrafy. I nic Ci nie da zaprzeczanie. Przynajmniej kilka osób czytających ten blog wie, że masz w zwyczaju wchodzić na takie blogi i pisać takie komentarze. Oczywiście masz prawo pisać, a nawet jest to pożyteczne i dla Ciebie, i dla innych zapoznać się z odmiennym zdaniem (jakże skrajnie odmiennym), ale wysil się na trochę kultury i nie wyzywaj ludzi od krów, czy dzieci od bękartów. Ubierz komentarz w odpowiednie słowa, a nabierze mocy większej niż myślisz. I patrz na innych tak, jak sama chcesz, żeby na Ciebie patrzyli.
        Trzymaj się!

  23. Matka tez kobieta, ma swoje pragnienia i potrzeby i wcale nie jest tak, że nie ma z nią o czym pogadać, mimo , że dziecko zajmuje jej cały świat, ja wręcz potrzebuje innych rozmów, innego towarzystwa niż tylko dziecko ;) prawdą jeat to, że znajomi rzadziej się odzywają, albo nas odwiedzają. ..

  24. ~Str4nger

    Zawsze jak czytam takie opinie, to nachodzi mnie jedna refleksja. Każdy kto ma za sobą już jakiekolwiek doświadczenia rodzicielskie – doskonale wie jak to wygląda w rzeczywistości, a ten kto ich jeszcze nie miał – i tak nie uwierzy ;)
    Z rodzicielstwem jest jak z Yeti – można nasłuchać się milionów bajek na ten temat, ale jego prawdziwy kształt poznaje się dopiero pod wpływem osobistych doświadczeń ;)

  25. mamacorek

    Tekst napisany tylko w kontekście matki… A gdzie ojciec/partner? Przecież da się dogadać, zorganizować sobie tak życie, by wyrzekać się naprawdę niewielu rzeczy… I wtedy macierzyństwo jest inne, nie wypełnia całej przestrzeni życiowej. Jestem tego przykładem i nie jestem niespełna rozumu. Pracuję, uczę się, mam czas by poczytać, wyjść z domu, w spokoju umyć okna i to przy dwóch małych dziewczynkach… Tylko, że mój facet wieczorami pomaga mi sprzątać (dzięki czemu każdemu z nas zostaje lekko godzina wolnego) a w weekendy zajmuje się dziećmi.
    Dla mmnie macierzyństwo to fajna sprawa, nie mam dłuższych okresów zwątpienia czy zniechęcenia, wysypiam się, lubię czas ze swoimi dziećmi. I dlatego nie podpisuję się pod tym tekstem.

  26. ~grazia

    a ja nie mogłam sie doczekac kiedy synowie sie usamodzielnia , tylko kiedy oni sie wyprowadzili toja maze o noworodku

  27. Bardzo trafnie napisane. Macierzyństwo to fajna sprawa, ale w końcu ma się dość siedzenia w domu. Mimo, iż kocham swoje dzieci na samą myśl o kolejnym roku siedzenia w domu robi mi się niedobrze. Z mężem sami nigdzie nie byliśmy od 4 lat. Mężowi to nie przeszkadza, on pojedzie sobie do pracy na 12h i ma spokój, a ja każdy dzień zaczynam tak samo. Już nie ma dla mnie znaczenia czy to środek tygodnia czy weekend. Każdy dzień jest identyczny. Marzy mi się dzień kiedy dzieci pójdą do szkoły a ja pojadę do pracy.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>