Wyprawię dziecku…imieniny!

Standardowy

Dziś postanowiłam się podzielić odrobiną prywaty, choć już nie takiej, którą trzeba będzie hasłować. Jakiś czas temu trafiłam na notkę, w której pani opisywała plany dotyczące urodzin 7-letniego syna. Nic w tym dziwnego poza faktem, że młody człowiek wystosował
do swoich kolegów listę pożądanych przez siebie prezentów. W pierwszym odruchu mnie to zbulwersowało (za moich czasów – aż do etapu liceum – każdy sam wymyślał dla solenizanta prezent, na który było go stać). A dziś się z tego śmieję, bo tak jakby niechcący wyprawiłam Córci imieniny. :)

Choć przypadają dopiero na 31 marca (choć są wpisane w mało którym kalendarzu, podobnie jak moje), to zaprosiliśmy dziadków na wczoraj. I choć stwierdzenie „imieniny wnuczki” miało być tylko pretekstem do spotkania się u nas (co się zdarza sporadycznie), to mimo tego dziadkowie przynieśli suweniry. I choć ani trochę nie jestem zwolennikiem posiadania przez dziecko tony zabawek, – a moje dziecko ma już cały karton, z którego
powoli zaczyna się wylewać – to prezent musi być. W końcu to dla dziecka.

Wracając jednak do wpisu o urodzinach, to się czasem zastanawiam, czy to faktycznie dzieci tworzą te listy, czy rodzice. Rozumiecie? Łatwiej zażądać od gości drogiego prezentu, niż samemu go kupić. Niezależnie jaka to okazja: urodziny, komunia czy gwiazdka. I pamiętam, jak jako dzieciak dostawałam prezenty na chybił trafił, a dopiero trochę starsi pisaliśmy  z bratem „listy do Mikołaja”. Listy prezentów oczywiście. Choć to i tak ciężko porównać, bo kiedyś chciałam lalkę Barbie kosztującą 30-50zł, a dziś prezentami są konsole, laptopy, zegarki za kilkaset złotych.

Bardzo podobał mi się wpis, który już jakiś czas temu przeczytałam u Ich Troje [nie mylić z zespołem :) ], dotyczący właśnie kupowania dziecku - zwłaszcza małemu – miliardów zabawek. Pominąwszy fakt, że dla niemowlaka papierowa torebka to najlepsza zabawka, to pozostaje również myśl o tym, kto to będzie sprzątał… :) Nie mniej jednak, w ramach podsumowania, chcę powiedzieć że moje dziecko otrzymało dwie fajne zabawki. Jedną z nich jest układanka/puzzle ze zwierzątkami. Zabawa banalna, lecz edukująca. Należy bowiem umieścić zwierzaki w odpowiednich miejscach. Główka pracuje, bo kształty i zwierzaki są różne – oczywiście na poziomie dla malucha. Czyli że nie takie złe te zabawki? :)

20150330_120527

Bo lepiej wiem jak wychować twoje dziecko!

Standardowy

Jeśli zostajemy rodzicami po raz pierwszy, to chcąc nie chcąc, pojawia się wokół nas mnóstwo doradców i specjalistów. Każdy obcy wie lepiej, jak powinniśmy wychowywać, karmić, traktować, bawić się z własnym dzieckiem. Nieważne, że przecież dobrze sobie radzisz, że nie pytasz gdy nie ma potrzeby, a nawet jak jest to jakoś sobie radzisz. Twoi doradcy wiedzą lepiej i czy chcesz czy nie, na każdym kroku upominają cię i dzielą się swoim zdaniem.

Typ pierwszy: mam już swoje dziecko to wiem. Tego rodzaju sytuacje zdarzają się chyba najczęściej. Rodzeństwo, które już odchowało przynajmniej jedno dziecko, ma dla ciebie tysiące porad – domowe sprawdzone sposoby, jak również te konsultowane z lekarzami – które ty koniecznie musisz zastosować na swoim dziecku. Łapiesz 10-cio
miesięczne dziecko za ręce gdy próbuje chodzić – na pewno mu wyłamiesz ręce ze stawów,
przecież trzeba pod pachy łapać. Dajesz liznąć czekolady – trujesz dzieciaka, alergia  będzie na bank. Bo lekarz mi powiedział, że pewne pokarmy bla, bla, bla… Mówi matka, która
dwulatkowi nie pozwala spróbować ciasta drożdżowego.

Typ drugi: mam fach w ręku to wiem co mówię. Nie daj Bóg, jak masz w rodzinie człowieka ze specjalizacją. Dentysta, prawnik, ginekolog, internista, jakaś inna – wszystko jedno. Rozmawiasz na temat przyznania becikowego, wymogów – odzywa się prawnik, że na pewno nie dostaniesz, bo to i tamto. Cóż z tego, że ci w urzędzie powiedzieli jak jest i sprawa załatwiona. Obcy wie lepiej. A lekarz w rodzinie? Ja to wiem z doświadczenia, ja mam pacjentów, ja wiem jak jest, ja znam realia, chcesz otruć dziecko, chcesz mu zaszkodzić, bla, bla, bla. Oczywiście trzeba mu przyznać rację, skoro w jego opinii karmisz niemowlaka chipsami i czekoladą przynajmniej trzy razy dziennie.

Typ trzeci (mój ulubiony): nie mam swoich dzieci ale wiem. O panie. Ja nie zabraniam nikomu mieć własnego zdania. Niekoniecznie tylko chciałabym tych mądrości wysłuchiwać. Nie można 10-cio miesięcznemu dziecku dać spróbować ciasta, pokarmić ziemniakami, dać owoców i najlepiej trzymać pod kloszem. Chuchać, dmuchać i nie pozwalać na nic. Wtedy się może uchowa zdrowe. Zapomnieliśmy tylko dodać, że również nieszczęśliwe. Nie można dziecku dać, nie można pozwolić… Nikt wam nie mówi jak macie żyć czy wychowywać dziecko…
Please, kill me.

Oczywiście na opisanie tych przykładów, natchnęły mnie ostatnie spotkania rodzinne, ale również u jednej z dziewczyn przeczytałam ostatnio fajną notkę o „bonusach” przypisanych do męża, z którymi trzeba przecież jakoś żyć. Tylko jak tu żyć, jak ci się wtrącają, krytykują? I nie odmawiając nikomu wiedzy ani doświadczenia, muszę powiedzieć że w tym wypadku dziecko to moja sprawa i nic nikomu do tego. Amen.