Kto nie ryzykuje, ten nie ma.

Standardowy

Jak dotąd, chyba tylko raz w życiu udało mi się coś wygrać. Wysłałam jako licealistka smsa do radia i udało mi się wygrać płyty CD i wejściówki na koncert. Do dziś pamiętam, że bawiłyśmy się z koleżanką świetnie, a koncert transmitowano w telewizji. Następnego dnia mama mówiła mi, że kilka razy nawet nas widziała – stałyśmy w końcu pod samą sceną. Wspomnienia wspaniałe, a i satysfakcja z wygranej również.

Oj, skłamałam. W gimnazjum wygrałyśmy z koleżanką najpierw wybory samorządowe, a potem zajęłyśmy drugie miejsce w konkursie ekologicznym. Oczywiście była to najpierw ciężka praca, godziny nad prezentacją, a dopiero potem zbierałyśmy laury. I choć nie wygrałyśmy, to byłyśmy z siebie okropnie zadowolone. I dumne, choć dziś ktoś mógłby powiedzieć, że to przecież nie było nic wielkiego. Ale serce i pierś rosną, kiedy można się pochwalić nawet tak niewielkimi sukcesami.

Jednak gdybyśmy nie zaryzykowały, gdybyśmy nie poświęciły czasu, nie pracowały nad tym projektem – nie byłoby czym się pochwalić. Gdybym nie wysłała smsa, nie wygrałabym i nie spędziła fajnie czasu. I tak jak pisałam wcześniej – gdy zgłaszałam się do konkursu na Blog Roku 2014 również liczyłam na szczęście. Nie będę kłamać, liczyłam również na to, że tak jak Wy, czytelnicy, doceniacie moje lekkie pióro, tematy które poruszam, tak również osoba oceniająca zwróci na te walory uwagę. W końcu jak pisałam wcześniej – mam marzenia i chcę je realizować. A zwycięstwo w takim konkursie byłoby dla mnie niesamowitym wyróżnieniem.

Ale jestem również realistką, więc wiem że mój 4-miesięczny blog konkuruje z dużo wprawniejszymi i ‚starszymi’ blogami. A czytam sporo i wiem, że są ludzie, których pisarski polot nie zna granic. Bloga jednak piszę dla wszystkich, dla tych którzy mnie odwiedzą raz, dla tych odwiedzających codziennie, dla tych którzy znajdują tu coś dla siebie. Postanowiłam więc wyróżnić coś, co wypłynęło wprost z mojego serducha i z czym się w stu procentach identyfikuję – TEKST, z którego jestem dumna, a który każda kobieta po porodzie powinna czytać co najmniej raz dziennie. Tak, to bardzo nieskromne co piszę, ale wiem, że „CZY ROZSTĘPY SĄ POWODEM DO DUMY”  jest jak palec, który szturcha tysiące kobiet, matek… Jakby im  mówił: „Posłuchaj, tak właśnie jest. Spójrz na to inaczej, lepiej. Uśmiechnij się”.  :)

Dlatego zgłosiłam ten tekst w konkursie na TEKST ROKU 2014 i mam nadzieję, że tak samo ‚szturchnie’ wszystkich, jak ‚szturchnął’ mnie, gdy go pisałam :)

200x175-tekstROKU-11.png

O wychowaniu dzieci historyjek kilka…

Standardowy

Któregoś razu, niedługo po urodzeniu naszej Córci, kuzynka wraz z mężem i dziećmi przyjechali do nas w odwiedziny. A po ich wizycie zgodnie ustaliliśmy z mężem, że choć z
dorosłymi się lubimy, to nigdy więcej nie zaprosimy ich z dziećmi. Chyba, że
zapakują tę dwójkę do klatki pod prądem.

***
Roczna córka kuzynki, na etapie eksplorowania świata na niepewnych dwóch nogach.
Patrzę, jest w kablach. Matka na nią krzyczy, ale dziecko się świetnie bawi,
więc ma rodzicielkę gdzieś. Nasępnie K. przechodzi do demolowania telewizora. Nowego!
Puk,puk, puk w ekran, może ktoś jest po drugiej stronie? Widzę jak mojemu mężowi
odpływają kolory z twarzy, a że kuzynka nie reaguje, sama informuję dziecko (chcąc
tak naprawdę wymusić reakcję na rodzicach): „K., zniszczysz cioci telewizor!”. W końcu
kuzynka się podnosi i odciąga małego potwora na drugi koniec pokoju, pośród wrzasków
niezadowolenia. W tym samym czasie (nasza córka śpi jeszcze w drugim pokoju – nie wiem jakim cudem!)  starszy syn kuzynki dorwawszy jakieś zabawki tłucze nimi z całych sił po panelach. Zastanawiam się czy już wyrąbał w nich dziurę czy dopiero miał zamiar. Na szczęście, kiedy już nie słyszymy samych siebie, ojciec go pacyfikuje.

***
Chwilę później, gdy kuzynka z mężem podziwiają w drugim pokoju naszą córkę, wchodzę do salonu i staję jak wryta. Wszystko na stole rozsypane, szklanki poprzewracane, a pół kanapy zalana sokiem pomarańczowym. A młody siedzi uśmiechnięty na tej mokrej kanapie. Mina mojego męża gdy wszedł i to zobaczył – bezcenna. Właściwie to powinnam powiedzieć, że cenna – kosztowałaby go jakieś dziesięć lat za morderstwo z premedytacją. ;)

***
Innym razem, jesteśmy z mężem u kuzynki. Jest ciepło, więc siedzimy na podwórku, przy herbacie i cieście. Nasza córcia, chyba wtedy 3-miesięczna, śpi w wózku, a dzieci kuzynki bawią się w piaskownicy. Patrzę, a młodsza bierze łopatkę z piaskiem i pcha ją do buzi. Łapię się z obrzydzeniem za głowę i mówię do szwagra:
- Błagam cię, weź coś zrób! Tam psy szczają do tej piaskownicy, a ona to zjada!
Na co szwagier z uśmiechem woła do córki, a gdy ta nie reaguje na jego zakazy, ten wzrusza ramionami i mówi:
- E tam, nic jej nie będzie. Trochę piachu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

***
Urodzinowa impreza starszego syna mojej kuzynki, w zeszłą niedzielę. Siedzimy przy stole,
obok mnie druga kuzynka, starsza siostra gospodyni.
- Ale ta twoja córka to grzeczna. Chyba spokojniejsza od W. i K. 
Wzruszam ramionami i wzdycham.
- Każde dziecko będzie grzeczniejsze od W. i K.

A co poza dzieckiem?

Standardowy

Jakiś czas temu moja reakcja na powyższe pytanie wywołała oburzenie wśród czytelników (akurat mój wpis pojawił się na głównej Onetu). Nie będę przywoływać całego kontekstu, jednak chcę wspomnieć, iż jedna z osób zarzuciła mi wtedy, że skoro nie mam innych zajęć poza opieką nad dzieckiem to jestem nudna, a moje życie puste. W pierwszej chwili miałam ochotę odpisać, że mam dużo zajęć poza dzieckiem: pranie, prasowanie, sprzątanie, gotowanie, zakupy… Spokojnie. Akurat w tych zajęciach nie jestem wyjątkiem – praktycznie każda mama przerabia ten zestaw. Ale, już całkiem poważnie, chciałam się chwilę zatrzymać nad tym tematem.

Na początku oczywiście uświadamiam wszystkich, że znam realia – każde dziecko jest inne, jedne mniej, drugie bardziej absorbujące, w związku z tym jedne  mamy krążą wokół dziecka jak planety wokół słońca w stałym porządku: jedzenie, kupa, spanie, jedzenie, kupa, spanie… Ale w tym bardziej optymistycznym wariancie młodsze dziecko drzemiąc daje mamie czas na odpoczynek, zaś starsze potrafi zająć się zabawkami na tyle długo, by dać rodzicielce choć chwilę wytchnienia.

Mniej więcej do 4 miesiąca życia moja Córcia potrafiła przespać w ciągu dnia od 3 do nawet 5 godzin (po dwie drzemki w ciągu dnia), co dawało mi sporo wolnego czasu. Oczywiście w pierwszej kolejności tę wolność wykorzystywałam na obowiązki domowe: wstawienie prania, prasowanie, przygotowanie obiadu – i może kogoś to zdziwi – sprawiało mi to przyjemność. Zaraz potem mogłam przejść do innych  czynności. Bawiłam się rozwijając swoje królestwo w grze online, która ‚zjadała’  mój czas jeszcze gdy byłam w ciąży. Nadrabiałam zaległości kinowe, oglądając w internecie filmy, na które nie udało mi się pójść do kina. Albo popularne seriale, zachwalane przez wszystkich. Pożerałam też książki, jedna za drugą. Latem, mała spała w wózku na balkonie, a matka się opalała, słuchając i przyswajając język hiszpański.

Im Córcia robiła się starsza, tym mój czas proporcjonalnie malał. Dzisiaj, kiedy nadal ma dwie drzemki dziennie – zwykle max godzinę – bywa tak, że zanim się za coś wezmę, to ona już nie śpi. Tak jak ostatnio, nawet notki nie zdążyłam napisać, nie mówiąc o hałdach ciuchów czekających na prasowanie. Obecnie czas wolny funduje mi Mąż, kiedy wróci z pracy – mam czas posiedzieć w necie, na blogach, grając. A weekendy mogę  wyskoczyć z koleżanką na ‚szoping’, poczytać. Zaangażować się, jak w ‚Lepszy poród’, który w ramach darmowego e-booka dla przyszłych rodzących opublikował w nim również i mój tekst. Są też takie chwile, gdy się mała bawi (czytaj wspina po meblach, albo wyciąga wszystko czego dosięgnie) i wtedy mogę dokończyć notkę, przeczytać gazetę, odbębnić 40 minutowy trening z Ewcią Ch.. A wieczorem, kiedy zaśnie, siadam z mężem na kanapie i oglądamy film – jak w którąś niedzielę – „Hobbita”.

Jak widać, jako matka prawie 9 miesięcznej Córci, mam sporo na głowie, a równie wiele
możliwości jeszcze niewykorzystanych. Ale! Czy byłabym gorsza, gdybym tych wszystkich
rzeczy nie robiła? Zdecydowanie nie, ponieważ pośród tych wszystkich elementów z życia
matki istnieje ważniejsze zadanie: prowadzić moje dziecko przez świat, pomagać mu go poznawać i się rozwijać. I gdybym miała, w ramach rozrywki, patrzeć jak moje dziecko na czterech przemierza cały pokój, by spod szafki rtv powyciągać wszystkie kable i jak się śmieje, gdy grożę jej palcem mówiąc „Nu-nu-nu” albo jak podpierając się stolika ściąga z talerza moją kanapkę i pcha do buzi, to też bym się dobrze bawiła. I wcale nie byłoby nudno. :)