Kiedy cudza rzeczywistość steruje naszym życiem.

Standardowy

Nie jest tajemnicą, że cudze niepowodzenia wywołują na naszej twarzy przynajmniej niewielki uśmieszek. Czasem sprawia nam przyjemność fakt, że inni mają gorzej – poprawia to nasze samopoczucie i samoocenę. Zwykle dotyczy obcych osób, a jeśli akurat trafi na kogoś, kogo nie lubimy, tym lepiej. Istnieje jednak jeszcze jedna zależność. Jeśli wśród naszych bliskich zdarzają się nieszczęścia czy niepowodzenia np. w związku, natychmiast zaczynamy baczniej obserwować własną rzeczywistość.

Kiedy dowiadujemy się o rozpadzie związku naszych znajomych, zwykle opowiadamy się po którejś ze stron. Komentujemy, że to było do przewidzenia, że on zawinił, albo ona. Kiedy okradną sąsiada, zwykle twierdzimy, że sam się prosił zostawiając otwarte okno i puste mieszkanie na dwa dni. Mógł się nie chwalić wszystkim sąsiadom nowym sprzętem, od którego pudła ostentacyjnie niósł do śmietnika przystając na każdym piętrze.

Ale kiedy kradzież zdarza się w naszej rodzinie, na wszelki wypadek przed wyjściem z domu trzy razy sprawdzamy czy zamknęliśmy okna, zakręciliśmy gaz i dla pewności szarpiemy za klamkę po przekręceniu zamków od zewnątrz. Licho nie śpi. Podobnie, gdy dowiadujemy się, że małżeństwo naszej siostry/brata wisi na włosku albo właśnie się rozpadło z niepokojem spoglądamy na siedzącą obok z komórką w ręku swoją drugą połowę. Odruchowo doszukujemy się sygnałów, które ostrzegą nas przed przykrą niespodzianką. Baczniej obserwujemy zachowanie męża/żony, nerwowo zerkamy na komórkę, oglądamy kołnierzyki koszuli i wyłapujemy niewybredne żarty w stylu „Ooo, kolejny raz nie ma obiadu, chyba pora zmienić żonę”.

Jak się okazuje, cudze nieszczęścia, poza tym, że dostarczają nam tematów do rozmów, wpływają również na nas samych. Czy chcemy czy nie chcemy, podbudowujemy się niepowodzeniami innych, równocześnie starając się za wszelką cenę odczarować swoją rzeczywistość. Niestety przyszłości nie da się przewidzieć. Jedynym skutecznym sposobem, by zapewnić sobie w życiu spokój i szczęście to po prostu dbać o to, co dla nas najważniejsze. Wtedy to, co dzieje się w równoległej rzeczywistości będzie jedynie powodem do wzruszeń lub uśmiechów.

„To nie dobrobyt czyni nas szczęśliwymi, lecz dobroć i sposób widzenia własnego życia. I jedno, i drugie zawsze zależy od nas samych: człowiek zawsze może być szczęśliwy, jeśli tylko tego zechce, i nikt nie jest w stanie mu przeszkodzić”.

Aleksander Sołżenicyn „Oddział chorych na raka”

 

Dziecięce przyjaźnie.

Standardowy

Wiesz co ostatnio zrobiła moja córka? – Zagadnęła sąsiadka podczas jednego z ostatnich wspólnych spacerów. – Usiadła ojcu na kolanach i mówi: „A tata, ty wiesz że mam przyjaciółkę K.?” Uśmiechnęłam się do niej, zaś do swojej Córci powiedziałam: „Widzisz dziecko, raptem pół roku skończyłaś i już masz przyjaciółkę, a twoja mama dwadzieścia sześć lat żyje i żadnej przyjaciółki się nie dorobiła”. No właśnie, przyjaźń to przyjaźń, ale jednak dzieciom przychodzi ona zdecydowanie łatwiej.

Dorośli dobierają sobie przyjaciół inaczej niż dzieci. Lgniemy do osób o podobnych poglądach, zainteresowaniach. Do osób, które nas rozumieją, dążą do tych samych celów, dzięki którym my sami możemy się realizować, a sporadycznie na zasadzie przeciwieństw. Dziecięce przyjaźnie są zdecydowanie bardziej sporadyczne i szczere, mimo że również dużo bardziej krótkotrwałe. Dziecięce przyjaźnie uczą maluchy empatii, reagowania na drugą osobę, rozwijają społeczne umiejętności dziecka. Dlatego nie warto psuć tego obrazka, tłumacząc dziecku, że mianem „przyjaciela” należy określać wyłącznie osobę wyjątkową. Dla naszej pociechy przyjacielem będzie pluszowy miś, domowy kot albo o dwa i pół roku młodsza sąsiadka :)

Bliskość drugiej strony, to jeden z ważnych czynników zawiązywania przez dzieci przyjaźni. Inna dzielnica, czy nawet inne osiedle to dla dziecka zbyt duża odległość. Dlatego najczęściej przyjaciółmi zostają rówieśnicy z jednej klasy, dzieci chodzące na te same zajęcia, czy takie których rodzice również się przyjaźnią. Wspólne zainteresowania są również często ważnym czynnikiem determinującym dziecięce przyjaźnie. Dzieci zdecydowanie lubią robić wszystko razem, w towarzystwie – chcą siedzieć w jednej ławce, jeść obiady przy jednym stole, razem się bawić, razem uczestniczyć w zajęciach, nie ważne czy to plastyka czy judo. Przyjaciel, to moje lustrzane odbicie. Co on, to i ja :)

Do tego wszystkiego przychodzi w końcu taki moment, kiedy dziecko po prostu potrzebuje kogoś z kim może się czymś podzielić – zabawką, nową grą, kanapką czy obiadem, aż w końcu własnymi myślami i sekretami. Warto w takich chwilach wspierać dziecko, by umacniać w nim to poczucie empatii i altruizm. Zdecydowanie zaprocentuje to w przyszłości.

Ciekawym zjawiskiem jest też upodabnianie się. Dzieci w pewnym wieku uwielbiają upodabniać się do swoich przyjaciół – takie same bluzki, sukienki, spinki do włosów i zabawki. Słuchamy tej samej muzyki, gramy w te same gry. Druga osoba coś ma, więc ja muszę mieć takie samo. W końcu przecież podobieństwa łączą :) I choć może przyjść taki moment, że to dążenie dziecka może zacząć działać rodzicom na nerwy, to dobrze jest pamiętać, że to podobieństwo dla dzieci często jest wyznacznikiem lojalności. Zgodnie z dewizą: robisz to co ja więc jesteś taki jak ja. Z pewnością rodzice mający starsze dzieci potwierdzą, że kiedy przyjdzie w życiu pociechy wiek indywidualizmu, to z rozrzewnieniem zaczyna się tęsknić za przeszłością i tym „upodabnianiem”.

Jaki jest z tego wszystkiego morał? Moja 7 miesięczna Córcia ma 3 letnią przyjaciółkę :) Czasem bawią się wspólnie w domu, czasem chodzą razem na spacery, a po spacerze starsza przyjaciółka całuje młodszą w czoło na pożegnanie :) A dzięki dzieciom również mamy ze sobą sympatyzują :)

Mama musi być zawsze pod ręką.

Standardowy

Kiedy Córcia była jeszcze malutka, a dni długie, ciepłe i słoneczne, czas bez Taty mijał nam zdecydowanie lekko i szybko. Rano trochę zabawy (kiedy Mama próbowała jednym okiem spoglądać na telewizję śniadaniową) potem spacer, który mógł trwać nawet trzy godziny, bo przecież Córcia głównie jadła i spała. Po powrocie obiad i znów drzemka. A po południu wracał Mąż i Mama była już lekko odciążona i nawet z przyjemnością uciekała do zajęć „kurodomowych” – prasuję, piorę, gotuję, sprzątam :)

Teraz przyszła jesień, a właściwie jakby już zima – rano ciemno, w południe szaro, potem znów ciemno, więc jedyne o czym marzę, to herbata z cytryną i książka. Bo na ten ziąb za nic nie chce mi się wychodzić. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to jedno „ale”… Całą tę wizję sielanki burzy fakt, że mam Córcię, która obecnością matki nie zamierza się dzielić ani z książką, ani z telewizorem, ani z komputerem… :P Dlatego, gdy zdarzają się takie piękne chwile, kiedy na przykład bawi się na kocyku, mam wyrzuty sumienia. :)

Zdecydowanie jednak, coraz częściej niestety, zaczynam się frustrować jeśli okazuje się, że muszę być zawsze pod ręką. Owszem, Mąż bardzo stara się mnie odciążyć – jest aktywnym tatą. Kiedy wraca z pracy najczęściej przejmuje Córcię i przez cały wieczór stara się ją zająć. Chwali mu się to zaangażowanie, jednak mimo wszystko, nasze wspaniałe dziecko co parę minut przypomina sobie o tym, że coś za długo matka nie była zaangażowana i trzeba ten stan zmienić.

I wkurzam się tym bardziej, że choć mam wrażenie, że dziecko mam już dość samodzielne, to w tych newralgicznych momentach, gdy marzę, dosłownie marzę o tym, żeby zrobić cokolwiek niezwiązanego z opieką nad dzieckiem, ono się musi o mnie upomnieć. Muszę ponosić/poprzytulać/powygłupiać się/zrobić cokolwiek, co natychmiast wybija mnie z rytmu pisania/wyciszenia/relaksu/robienia czegokolwiek innego. I o ile przez pierwsze trzy, cztery miesiące prawie nie zwracałam na to uwagi, nie było to aż tak dokuczliwe jak teraz. Wściekam się, naprawdę serdecznie się irytuję i wzdycham ze złością, kiedy kolejny raz po napisaniu trzech słów muszę przerywać, tracić myśl i odrywać się, by wesprzeć Męża.

A, no tak. To Mąż wspiera przecież mnie. Ironizuję, choć bardziej zła jestem na siebie. Bo widzę, że się stara, że próbuje i doceniam. Ale i tak się wściekam, bo mi się zdaje, że jednak za mało się stara, za szybko poddaje i że ja, „matka idealna” potrafię na dłużej zająć dziecko. Tak, tym razem piszę zdecydowanie niecukierkowo. Napisałabym jeszcze coś mądrego, albo choć krzepiącego w stylu „Uśmiech Córci wynagradza mi tę moją frustrację i zmęczenie”, ale dziecko mi płacze i znów muszę się oderwać od pisania. Złość piękności szkodzi, humoru nie poprawia, więc po prostu idę. W końcu jako matka mam swoje obowiązki, muszę być zawsze pod ręką. :P :)