Halloween: diabeł siedzi w dyni.

Standardowy

U swojej koleżanki, na wiadomym portalu społecznościowym, dojrzałam taki status: „Ksiądz powiedział że za świętowanie Halloween idzie się do piekła – wypowiedź piątoklasisty. W jakim kraju k**** żyję? „. Chce dziewczyna czy nie chce, w katolickim – odpowiedziałam.

Od kilku lat,  co roku na 31 października,  na nowo rozpala sie dyskusja o słuszności celebrowania tego amerykańskiego święta. Właściwie to nawet nie jest ono takie do końca amerykańskie, bo do Ameryki przywędrowało wraz z irlandzkimi imigrantami. Dokładniej rzecz ujmując, pochodzi ono od celtyckich pogan, którzy w noc z 31 października na 1 listopada obchodzą święto duchów i boga śmierci. Zanim więc (choćby nawet średnio-wierzący) rodzice z uśmiechem poślą dziecko na jakąkolwiek zabawę halloween’ową powinni o kilku sprawach wiedzieć.

Oczywiście pierwszy głos jaki usłyszę to stwierdzenia „to tylko zabawa” i „to lżejszy i zabawny sposób na oswojenie dzieci ze śmiercią”. Cóż, o ile ten drugi argument jest dla mnie jeszcze do przyjęcia – chociaż też do końca nie wiem, czy w śmierci, wspominaniu zmarłych bliskich może być coś zabawnego i czy robienie ze śmierci takiej śmiesznej mrzonki, żartu, wygłupu to dobre rozwiązanie. Grozi to chyba nabyciem braku szacunku do tego elementu życia, do zmarłych czy cmentarza jako miejsca spoczynku. Chyba miałabym problem z wytłumaczeniem dziecku, czemu w czasie zadumy i wspominania naszych zmarłych kiedy my idziemy na cmentarz zapalić znicz, niektórzy urządzają imprezy w makabrycznych przebraniach.

Ze stwierdzeniem „to tylko zabawa” też nie jest tak prosto. Otóż sceneria podświetlonych dyń, czaszek, trupów, demonów i krwi to chyba dość nieodpowiednie podłoże do zabawy, zwłaszcza dla dzieci. Tym bardziej, że jak niektóre mamy już wiedzą, dzieci przechodzą często etap „strachów spod łóżka czy z szafy” więc potęgowanie tych odczuć poprzez przebieranie za jakieś straszydła może przynieść skutek odwrotny od zabawnego. Ponadto, o czym pewnie mało kto wie, zbieranie cukierków przez dzieci to elemet pogańskich zabobonów – duchy i demony należało przekupić łakociami. Podobnie jest również z dynią, którą rzeźbi się na wzór dawnych rzeźb demonów. Jaka jest symbolika czaszek, czy że zabawy nacechowane są elementami okultzmu to chyba nie muszę pisać. Tak, kościół – od dłuższego czasu krytykowany za wszystko – bije głośno na alarm: „Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie! Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1 Tes 5, 21-22). Idąc tym tokiem myślenia, celebrowanie satanistycznych świąt jest jak najbardziej złe.

Oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć, że to przeciez media nakręcają cały ten biznes. Czerpią niemałe zyski ze sztucznego podsycania zupełnie bezużytecznych produktów jak maski, stroje itp. Ale o tym, jak media nakierunkowują ludzi na kupowanie zupełnie niepotrzebych im rzeczy to nie będę pisać. To temat na zupełnie osobny esej :)

Wiem też, że nacisk rodzi opór i że przysłowiowy zakazany owoc smakuje najlepiej. Nikogo nie nawracam, nikogo nie zmuszam i nie pouczam. Usłyszę pewnie też, że to co mówię to ciemnogród. Dla zainteresowanych wrzucam link. Jest to historia człowieka, związanego ze środowiskiem muzycznym (muzyki techno) i świadectwo tego jak niepozorne rzeczy w naszym życiu mogą otwierać drzwi złu. Poznałam ją z czyjejś opowieści, dwa lata temu, a przy okazji tego postu (ku mojemu zaskoczeniu) znalazłam nagranie.
http://w789.wrzuta.pl/audio/9RsiMewrtK9/swiadectwo_leszka_o_szkodliwosci_muzyki_techno_zycie-nawrocenie-zycie

PS: Jeśli ktoś nie wierzy, że „zabawy” we wróżby czy inne niepozorne działania mogą nam zaszkodzić dodam osobisty wątek. Mój Mąż będąc jeszcze kawalerem przywiózł sobie z jakiejś wycieczki takie wiszące „coś” – dzwoneczki oplecione sznurkiem w jakimś wzorze, niektórzy mówią na to „łapacz duchów”. Powiesił to coś nad łóżkiem i przez kilkanaście nastepnych dni prawie nie spał. Śniły mu się duchy, potwory, diabły, mordy, krew i śmierć - budził się z krzykiem, we łzach, spocony jak mysz. Nie miał bladego pojęcia, co się z nim stało. Któregoś dnia teściowa (która jest bardzo wierząca) weszła do jego pokoju i z przerażeniem spostrzegła owo coś. I oczywiście natychmiast to zdjęła, na co mój Mąż nawet nie zwrócił uwagi, kiedy przestraszony wieczorem kładł się do łóżka. Ale tamtą noc przespał spokojnie, podobnie jak każdą następną.

 

Czemu łatwiej zabić dziecko niż oddać?!

Standardowy

Według statystyk każdego roku ponad 500 dzieci zostaje porzuconych przez matki w szpitalach czy tzw. „Oknach życia”. Ich sytuacja jest o tyle dobra (o ile można tego słowa tu użyć) że w związku z tym mają szansę na jakąś przyszłość. Taką we względnie jasnych barwach. Niestety ok. 30-40 dzieci nie dostaje tej szansy, a ich życie często kończy się zaraz po urodzeniu. I co najbardziej przerażające ich życie kończy matka.

Wybaczcie mi, że znów poruszam taki temat, ale tego rodzaju wiadomości medialne, które docierają do nas coraz częściej, po prostu zwalają mnie z nóg! Chce mi się płakać i krzyczeć, a mój oszalały umysł po prostu nie może tego ogarnąć. Zaczęło się od dziewczynki z Sosnowca, którą matka zamordowała (nazwijmy rzeczy po imieniu) a przez miesiąc utrzymywała, że jej dziecko porwano. Zabiła bo dziecko ją ograniczało. Potem słyszeliśmy o kobietach które zamordowały kilkoro swoich kolejnych (!) dzieci. Z powodu złej sytuacji finansowej i obawy przed mężem. Jedna trzymała zwłoki w beczce na podwórku, druga w zamrażalniku. Wczoraj przeczytałam o dziewczynie, która urodziła mając 16 i potem 17 lat. Oboje dzieci zabiła. Wierzcie mi, nie szukam tych informacji. One same mnie napadają.

Jezu Chryste, mam ochotę wołać do niebios, gdzie ty jesteś że pozwalasz na coś takiego?! Czemu te biedne kobiety nie oddały tych dzieci do adopcji lecz wolały zamordować? Mimo, że pierwszym odruchem moim jako matki jest myśl „co za potwór”, to już drugim odruchem jest szukanie odpowiedzi na pytanie „Dlaczego? „. Pierwszym wytłumaczeniem, jakie się nasuwa jest stan psychiczny i emocjonalny takiej kobiety. Szok poporodowy. To ponoć właśnie szok, ból, stres i strach zaburzają w kobiecie odruchy zdrowego rozsądku. To wszystko razem kieruje ją w stronę złej decyzji. A co z matką, która zabija półroczne, roczne czy starsze dziecko? Przecież o porodzie juz dawno zapomniała. Tu za przyczynę psychologowie podają nic innego jak baby blues czy po prostu depresję poporodową. Nowa rola w jakiej znalazła się kobieta wywołuje u niej wahania nastroju, zmęczenie, płaczliwość, negatywne nastawienie do życia. Taka matka nie radzi sobie z opieką nad dzieckiem, ale przede wszystkim z własnymi odczuciami. Nierzadko też mąż/partner całymi dniami pracuje lub w ogóle go nie ma. Osamotnienie i nowe obowiązki po prostu taką matkę przerastają.

Wszystko rozumiem (teoretycznie) ale wciąż nie mam odpowiedzi „Dlaczego? „. Winą za to nieszczęście w następnej kolejności obarcza się warunki życia (sytuacja finasowa, mieszkaniowa) oraz status społeczny. Innymi słowy zabijają kobiety biedne i głupie (wybaczcie dosłowność). Brak im też środków na utrzymanie dziecka. Chryste, wołam znowu, przecież nikt mi nie powie że w 21 wieku te kobiety nie słyszały o MOPSie, Caritasie czy innych fundacjach.  Chociaż jeśli nie słyszały o antykoncepcji (choćby o gumkach) to może i o tym też nie. I tu, a propos warunków, możemy głośno ponarzekać na system. Bogatsze kraje np. skandynawskie gwarantują kobiecie żłobki, przedszkola – alternatywną formę opieki. We Francji, gdzie istnieje realna polityka rodzinna kobiety dostają wsparcie finansowe, które daje im równie realne poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Niezależnie czy obok nich oscyluje mąż czy partner. U nas stwarza się tylko pozory.

No dobrze, ale kiedyś nasze babcie czy prababcie też rodziły dzieci i nie słyszały nawet o becikowym. Nie słyszano też o mordowaniu dzieci. Warunki były lepsze? Nie. Depresji poporodowych nie było? Były. Ale i kobiety były z innej gliny. Nie mogły pokazać słabości, tego że obowiązki je przytłaczają. Zakasywały rękawy, zaciskały zęby i robiły swoje. A propo babć, to w ogromie takiej tragedii jak dzieciobójstwo pytam też, gdzie do cholery (wybaczcie słownictwo) jest rodzina tych kobiet? Matki, babki, ciotki, siostry? Gdzie są sąsiedzi? Jacyś znajomi? Ojcowie tych dzieci? Chwilami mi się wydaje, że ich też ktoś powinien sądzić za współudział.

A propo ojców: wśród tych dramatów była też historia mężatki z dwójką dzieci, której mąż zagroził że jeśli zajdzie w ciąże to on odejdzie i nie będzie ich utrzymywał. Pomijając męski egoizm, pozwólcie że nie napiszę co myślę o kobietach, które swoje i swoich dzieci życie uzależniają od męskiego widzimisię. To temat na osobną notkę. Zapytam tylko: „Czemuś kobieto tego dziecka nie oddała?”.

A, no i jeszcze jeden aspekt: wstyd. Młoda dziewczyna z brzuchem – wstyd. Jak bez męża to jeszcze większy. Biedna wielodzietna rodzina żyjąca z zasiłków z perspektywą kolejnej „mordy do wykarmienia” – wstyd. I co najgorsze, a co przeczytałam w jakimś reportażu: „Mam oddać moje dziecko obcym ludziom? To wstyd.”

Aha, no tak, to faktycznie lepiej zabić.

 

Lepiej uczyć dziecko miłości niż gry na skrzypcach.

Standardowy

Dziesięć, piętnaście lat temu ówcześni rodzice doskonale wiedzieli jak zapewnić swoim dzieciom godziwe życie. Dopóki dzieci były dziećmi biegały po podwórkach, poznawały nowych kolegów, nawiązywały przyjaźnie. Później, kiedy jako młodzież wkraczali w dorosłe życie szli do zawodówek by w ciągu paru lat sumiennej pracy zdobyć jakiś fach. Nikt nie tracił czasu na dodatkowe zajęcia. Człowiek na starcie w dorosłe życie musiał mieć zawód. Wyuczony zawód to stała praca, a stała praca to spokojne życie – tak myśleli rodzice.

Dziś jest inaczej. Według badań to nie fach, ani nawet poziom IQ decyduje o naszym sukcesie, lecz to jak dogadujemy się z ludźmi. Mimo to, od najmłodszych lat dbamy o to by nasze dzieci rozwijały się we wszystkich możliwych kierunkach. Niemowlętom kupujemy grające garnuszki do ktorych muszą wkładać pasujące kształtem klocki, potem grające nocniki, które melodyjką mają chwalić dziecko że posiadło umiejętność którą i tak musiało posiąść. W przedszkolu nasze dzieci potrafią już czytać, pisać, liczyć – zostawiając inne dzieci w tyle. A ponieważ są takie „hop do przodu” zapisujemy je na angielski, balet albo cokolwiek innego. Naszym głównym celem wychowawczym jest rozwój intelektualny naszego dziecka. Czy to coś złego? Jak to mówi większość prawników: to zależy.

Kobiece fora pełne są zapytań w stylu „Mój pięciolatek nie potrafi przepraszać.  Kiedy zrobi coś złego lub komuś dzieje się krzywda reaguje śmiechem”. Skąd to sie bierze? A no stąd że rodzice nie uczą swoich dzieci rozpoznawania emocji. Pomiędzy wszystkimi zajęciami dodatkowymi brakuje już czasu na naukę najpotrzebniejszego: empatii. Odnajdywania się w społeczeństwie. Bo co z tego,  że nasz przedszkolak czy szkolniak przynosi same szóstki i biegle mowi po angielsku skoro nie ma przyjaciół którym mógłby sie tym pochwalić? Skoro wszystkie dzieci omijają go szerokim łukiem bo nie umie sobie poradzić z niezadowoleniem czy porażką inaczej niż siłą? Ha, przykre ale prawdziwe.

Co ważniejsze,  musimy pamiętać że dzieci są naśladowcami. Sama doskonale pamiętam jak mój młodszy brat papugował moje zachowania. Jako dzieciak jadł wszystko, kiedy podrósł i zobaczył ze wybrzydzam na jakies potrawy, sam zaczął to robić choć wcześniej jadł ze smakiem. Podobnie jest z emocjami. Kiedy matka uśmiecha się do niemowlęcia ono również się uśmiecha, kiedy jest zdenerwowana dziecko jest płaczliwe, a kiedy słyszy płacz, samo często zaczyna płakać.  Podobnie jest ze starszymi dziećmi: obserwują i się uczą. I najlepszym co można zrobić, to o tych emocjach dziecku opowiadać.

Parę lat temu pracowałam jako niania z 3-latką. Na placu zabaw jeden chłopiec potkął się i przewrócił. Zaczął płakać. Jego matka siedząca opodal na ławce, chyba z koleżanką, krzyknęła tylko: „Wstawaj, przecież nic się nie stało”. A moja 3-latka podeszła do niego, objęła (chłopiec był chyba tak samo zdziwiony jak ja) i powiedziała: „Nie płac. Pszecies nic się nie stało.  Jusz nie boli”. Empatia na szóstkę.

Ale ale. Przede wszystkim to my, rodzice,  powinniśmy być empatyczni wobec naszych dzieci. Kiedy nasza pociecha nie chce zjeść obiadu i żadne prośby nie działają?  „Jedz albo pojdziesz do kąta/nie będzie zabawy” itd. Znajome? Albo kiedy dziecko już od godziny powinno drzemać a nie chce? A tu w tv zaraz nasz serial leci albo w brzuchu burczy niemożliwe? Dziecko do łóżka,  zamykamy drzwi i koniec. O czym to świadczy?  A no o tym, że nasza potrzeba (świętego) spokoju czy wolnego czasu jest ważniejsza niż poczucie bezpieczeństwa czy zaufanie naszego dziecka względem nas. Wstyd? Jak diabli.

Empatia i współczucie to naturalne odruchy ludzkie. Rozumienie cierpienia, rozpoznawanie emocji pomaga nam lepiej dogadywać się z innymi i blokować nasze własne negatywne odruchy zgodnie z zasadą „nie rób drugiemu co tobie niemiłe”. Ktoś, kto nie zaznał właściwych uczuć w młodości, może raczej – kto ich nie poznał, będzie miał problemy z funkcjonowaniem w dorosłym życiu. Problemy z agresją, samoakceptacją, samotność…

A my? Tworzymy możliwie najlepsze warunki rozwoju, inwestujemy we wszelkie dobra, mające zapewnić naszemu dziecku komfort psychiczny. W całej tej sytuacji należy tylko pamiętać by nie skończyło się tym, że wychowamy człowieka zamkniętego w sobie, który nie będzie umiał nawiązać relacji z drugą osobą. Bo co mu wtedy przyjdzie z tego, że będzie miał trzy fakultety, znał karate i 3 języki i potrafił nawet grać na skrzypcach, jeśli w swoim życiu nie będzie miał dla kogo grać?

I jako rodzic, choć początkujący, myślę sobie (zgodnie z mottem mojego bloga), że nie ważne jakie dobra pozostawimy po sobie dzieciom. Ważniejsze byśmy nasze dzieci zostawili dobre.