NOWY ADRES BLOGA, czyli przenosiny :)

Standardowy

Moi Drodzy Czytelnicy,

Przyszedł ten dzień, kiedy moje własne blogowe M zrobiło się za ciasne, więc pora się przeprowadzić. Zapraszam wszystkich na parapetówkę pod nowym adresem bloga:


https://matkowac-nie-zwariowac.blogspot.com/

Do zobaczenia! :)

Agni

koniec

 

O wychowaniu: niemowlaka na sługę, a starszaka na przyjaciela.

Standardowy

Pamiętam, że gdy moja Córka pojawiła się na świecie, miałam już gdzieś z tyłu głowy ułożony plan, w jaki sposób chcę ją wychować i jakie wartości przekazać. Z biegiem czasu zderzyłam się z rzeczywistością (czytaj charakterem mojego dziecka :) ) i to zmusiło mnie do zweryfikowania mojego planu. Nie mniej jednak, od samego początku w moich poczynaniach wychowawczych towarzyszy mi dewiza, która jest odbiciem pewnego chińskiego przysłowia: „Do piętnastego roku dziecko traktuj jak sługę, a potem jak przyjaciela”.

Nie chodzi tu oczywiście o zrobienie z dziecka ‚sługi’ w sensie dosłownym – maszyny, która będzie wykonywała wyłącznie nasze polecenia i stosowała się do nakazów bądź zakazów. Pierwsza część tego powiedzenia odnosi się raczej do faktu, że przez pierwsze kilkanaście (a zwłaszcza pierwsze kilka) lat naszego dziecka, to my jako rodzice mamy ‚moc sprawczą’ by przekazać mu odpowiednie wzorce i zasady. 

Trzymanie się rytuałów i kreowanie powtarzalnych zwyczajów to rzeczy, które rodzice wdrażają w życie już w kontakcie z niemowlakiem. Pilnujemy przecież regularnych pór karmienia, drzemek, odpowiedniej temperatury kąpieli i tak dalej. Wprowadzamy w życie dziecka harmonogram dnia, czyli nic innego jak pewne reguły. A kiedy dziecko jest nieco starsze, ma rok czy dwa, automatycznie przechodzimy do wpajania mu bardziej zaawansowanych, a jednak prostych zasad: „nie dotykaj gorącego, bo się poparzysz”, „nie rzucaj zabawkami, bo się zniszczą” i tym podobne.

Boy crying in grocery cart.

Im dziecko jest starsze, co mogę potwierdzić jako rodzic niespełna 3 letniej istoty, cierpliwość, konsekwencja i stanowczość to trzy najważniejsze atrybuty, które pomagają nam kształtować w dziecku odpowiednie nawyki. To oczywiste, że żadne dziecko nie rodzi się wiedząc, co jest właściwe a co nie, dlatego im więcej zakazów bądź nakazów pojawia się na jego drodze, tym bardziej się buntuje. Próby wymuszenia czegokolwiek płaczem, krzykiem czy nawet agresją, to tylko część z możliwości małego człowieka. W takich sytuacjach poradniki radzą odwracać uwagę dziecka inną czynnością/zabawką/rozmową, ale z doświadczenia wiem, że nerw to nerw, a foch to foch i czasem trzeba pozwolić dziecku dać się wykrzyczeć. Wykrzyczeć, to oczywiście absolutnie nie znaczy ulegać.

Wpajając naszemu małemu „słudze” odpowiednie wzorce, nie możemy pominąć kwestii dobrych manier i podejmowania obowiązków. Dziecko musi wiedzieć, że jeśli mama mówi, że nie wolno podnosić ręki na nikogo, że nie wolno pluć czy gryźć, to dziecko musi być przekonane o naganności takich zachowań. Musi mieć świadomość, że jeśli zostanie skarcone za złe zachowanie, to nie znajdzie wsparcia na przykład u dziadków. Tu oczywiście, znów mówię z autopsji, bardzo ważna jest współpraca między rodzicami i dziadkami, zwłaszcza jeśli ci drudzy mają wpływ na wychowanie dziecka i wszelkie tworzenie przeciwnych ‚frontów’ jest wysoce niewskazane. Jeśli rodzice mówią nie, to obowiązkiem dziadków jest tę decyzję podtrzymywać!

dziecko obowiązek

W kwestii obowiązków natomiast jest często o tyle łatwiej, że taki dwu- czy trzylatek sam chętnie garnie się do pomagania w domu. Moja Córka bardzo chętnie wypakowuje zakupy, miesza w garnkach kiedy tata robi ciasto czy wyciąga pranie z kosza. Warto jednak pamiętać, że zlecając tak małemu dziecku jakiekolwiek zadania, musimy być bardzo konkretni. Przykładowo, określenie „posprzątaj pokój” jest zbyt abstrakcyjne. Dziecko nie rozumie, czego dokładnie oczekujemy – nasze ‚posprzątaj pokój’ to z pewnością wyższy level, dlatego lepiej jest skonkretyzować: „zbierz klocki do torby”, „odłóż lalki na półkę” itp. Wtedy dziecko wie, że kiedy to zrobi, zadanie będzie zakończone, a mama zadowolona. Nie można wtedy zapomnieć o pochwałach.

Druga część przysłowia mówi, że dopiero tak ukształtowany młody człowiek, który ma wpojone odpowiednie zasady i wzorce, jest nauczony szacunku i manier, może być przez nas traktowany jak równy z równym. Zgadzam się. Ale takie rzeczy jak miłość, poczucie bezpieczeństwa czy poświęcanie uwagi, to te odruchy, które powinniśmy okazywać dziecku od samego początku.

Sama nie raz łapię się na tym, że zbyt często używam zwrotów „zaraz” i „jestem zajęta”, zwłaszcza kiedy moje dziecko bawi się na podłodze u moich stóp i woła „Mamo, chodź”. Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że dziecko nie potrzebuje samej naszej fizycznej obecności, ale naszej uwagi i zaangażowaniaDzieci nie chcą być ignorowane, oczekują 100% naszej uwagi. Również, co chyba oczywiste, gesty miłości wobec dziecka są niezbędne. Przytulanie, głaskanie, noszenie, całowanie – wszystkie te odruchy utwierdzają malucha w przekonaniu, że nawet jeśli coś spsoci, to nadal jest kochany. Ta sama zasada dotyczy porównywania z innymi: „Adaś jest grzeczny, a ty nie”, „Jasio sika na nocnik, a ty nie” – to umniejsza samoocenę i sprawia, że dziecko czuje się gorsze, choć nie jest – jest tylko inne.

Podsumowując: wychowanie dziecka to najtrudniejsza i najbardziej skomplikowana praca, jaką podejmujemy w całym swoim życiu. Jednak bycie dobrym rodzicem nie polega na uleganiu zachciankom dziecka (zaspokajanie jego potrzeb to zupełnie coś innego), lecz na uświadomieniu mu co jest dobre, a co złe, na wyznaczeniu granic, przy jednoczesnym maksymalnie możliwym poświęceniu czasu, uwagi oraz nieustającym okazywaniu uczuć.

Polskie dzieci tylko dla Polaków!

Standardowy

Odkąd „dobre zmiany” atakują nas na prawie każdej płaszczyźnie życiowej, odnoszę wrażenie, że szczyt głupoty i nieracjonalnego podejścia do rzeczywistości już dawno został osiągnięty. Gdy dotarła do mnie wieść, że Ministerstwo Rodziny ograniczyło możliwości adopcji polskich dzieci przez obcokrajowców i jednocześnie odebrało uprawnienia najbardziej doświadczonym w temacie Ośrodkom Adopcyjnym, ręce mi opadły. A gdy usłyszałam jeszcze, że umotywowano to kwestiami (tu cytat) „podtrzymywania więzi emocjonalnych z Polską” u dzieci oddawanych do adopcji, to już opadły mi nawet cycki.

dziecko1

Nie trzeba być specjalnie obeznanym w przepisach, ani też pracować w ośrodku by wiedzieć, że procedura adopcyjna w Polsce to droga przez mękę. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości to odsyłam do pierwszego lepszego forum dla ludzi starających się o adopcję. Zasadniczy problem z adopcją pojawia się w momencie, gdy dziecko jest chore lub jakkolwiek niepełnosprawne, gdy ma rodzeństwo lub jest nastolatkiem. W Polsce takich dzieci nikt nie chce, zaś za granicą znajdowało się rocznie prawie 300 rodzin, które te niechciane dzieci do siebie przyjmowało. Pytam więc, w czym problem?!

Różnice, jeśli chodzi o podejście do przyjęcia takich dzieci, są zasadniczo dwie. Pierwsza, to motywy jakimi kierują się ludzie podejmując decyzję o adopcji – w Polsce jest to niestety „ostatnia deska ratunku” dla ludzi, którzy nie mogą mieć dziecka w sposób naturalny, ale pragną je mieć. I myślę, że właśnie to pragnienie pomaga im przetrwać ciągnące się w nieskończoność procedury. W przypadku adopcji ze strony obcokrajowców, jak wynika z wypowiedzi pracowników ośrodków adopcyjnych, najczęściej jest tak, że mają oni swoje dzieci – jedno, dwoje, troje – czasem już nieco ‚odchowane’, ale mają też chęć, czas i pieniądze, by poświęcić się jeszcze jednemu istnieniu.

Druga kwestia to wiek i stan zdrowia dziecka. Wiadomo, każdy wolałby adoptować dziecko śliczne i zdrowe, w przedziale wiekowym 0-3 lata, choćby ze względu na fakt, że można kreować życie takiego dziecka praktycznie od samego początku, nie zważając na przeszłość. Nikt przecież nie weźmie sobie na garb wychowania trudnego nastolatka po przejściach, bo to wymaga zbyt wiele poświęcenia i pracy. Podobnie w kwestii dziecka chorego – w krajach zachodnich istnieje polityka społeczna z prawdziwego zdarzenia, a rodzice dostają na leczenie czy rehabilitację dziecka kwoty adekwatne do potrzeb. A w Polsce? Masz chore dziecko?! To się martw, przecież to twoje dziecko i twój problem!

Nasze Ministerstwo twierdzi, że „(…)Adoptowane dzieci, wychowywane poza granicami kraju, bardzo szybko tracą związki  z kulturą i językiem polskim i jedynie od wrażliwości nowych rodziców zależy, jak silnie i jak długo podtrzymywana będzie więź emocjonalna z Polską” * oraz że lekarstwem na brak adopcji krajowych będzie „Wzmacnianie świadczeń, takich jak choćby program „Rodzina 500 plus”, usług społecznych i zdrowotnych kierowanych do rodzin wychowujących dzieci,(…). Gdy jest to mimo wszystko niemożliwe – rosną szanse dzieci na znalezienie odpowiedniej rodziny adopcyjnej w Polsce”.

Nie bardzo wierzę w te cuda, bo przecież program 500+ trwa już od dobrych kilkunastu miesięcy, a nie słychać, by liczba chętnych do adoptowania dziecka wzrosła na tyle, że można placówki opiekuńcze pozamykać z dnia na dzień. Nie dość, że dzieci w domach dziecka jest mnóstwo, to tylko niewielki procent stanowią sieroty, bo reszta ma jednego albo nawet dwóch rodziców. I choćby nie wiem jak Ministerstwo sobie tego życzyło, z powodu pięciu stów rodzice nie zaczną się nagle troskliwiej zajmować dziećmi, a i chętnych na adopcję od tego nie przybędzie. Podobnie ma się program usług społecznych i zdrowotnych, który jest przecież tak ‚wspaniały’, że jeszcze niedawno rodzice niepełnosprawnych dzieci musieli koczować ze swoimi pociechami w sejmie, by w ogóle zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a i tak niewiele osiągnęli.

A największą bzdurą w całej tej sprawie jest pogląd, że dla dzieci przebywających w domach dziecka, chorych, niepełnosprawnych i już wystarczająco skrzywdzonych przez życie, najważniejsze jest poczucie „polskości” i kultywowanie kultury, zwyczajów i mowy ojczystej. I według naszego rządu lepiej być Polakiem w Polsce i całe życie spędzić jako dziecko niczyje, niż być Polakiem gdziekolwiek, ale w kochającej i szczęśliwej rodzinie.

 

*źródło cytatu: https://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5538,8544,problemy-adopcji-miedzynarodowych.html